FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
127 godzin
Autor Wiadomość
jaz 
filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 3633
Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-01-08, 01:59   127 godzin

127 godzin / 127 Hours
reż. Danny Boyle (USA, Wielka Brytania 2010)

Najnowszy film Danny'ego Boyle'a, wyróżnionego Oscarem za "Slumdog. Milioner z ulicy", to ekranizacja książki Arona Ralstona. Dramatyczne przeżycia młodego alpinisty, który podczas samotnej wędrówki zostaje uwięziony w rozpadlinie skalnej w niedostępnych górach Utah i jest zmuszony do desperackiej walki o przetrwanie.

W sumie tego właśnie się spodziewałem, a film i tak mnie zaskoczył bardzo, ale to bardzo pozytywnie. Przede wszystkim genialnym posunięciem Boyle'a było to, że zrezygnował z tradycyjnej formy opowiadania na rzecz ciekawych zabiegów narracyjnych i nieco eksperymentalnego oddziaływania na widza obrazem. W przypadku trzymania się sztywnych prawideł prowadzenia fabuły ta historia mogła być co najwyżej zwykłym survivalowym thrillerem lub, z drugiej strony, zamienić się w łzawo-sentymentalną bajkę czy też naiwną afirmację życia. Na szczęście, zamiast klasycznie poprowadzonej historii człowieka uwięzionego w szczelinie skalnej wzbogaconej retrospekcjami z jego życia, otrzymujemy prawdziwe filmowe cacko z dziurką, coś niebanalnego, kapitalnie wyreżyserowanego, genialnie sfotografowanego, a jeszcze lepiej pomontowanego. Trudno to opisać - trzeba po prostu zobaczyć. Mistrzowska robota, piękny film. Choć nadal najlepszym jak dla mnie filmem Boyle'a jest "Trainspotting", to nie mogę nie zauważyć, że staje się on z filmu na film coraz lepszym reżyserem. Gorąco polecam. 9,5/10
_________________
trzeba się zastanowić co najbardziej uszczęśliwi Ramzesa
Ostatnio zmieniony przez Eva 2011-12-02, 13:17, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
 
BM 
hurtowy filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 17 Lis 2008
Posty: 5338
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-01-08, 07:52   

jazu napisał/a:
Trudno to opisać - trzeba po prostu zobaczyć. Mistrzowska robota, piękny film. Choć nadal najlepszym jak dla mnie filmem Boyle'a jest "Trainspotting", to nie mogę nie zauważyć, że staje się on z filmu na film coraz lepszym reżyserem. Gorąco polecam. 9,5/10

Z tego co piszesz zapowiada się świetny seans i (być może) kolejny kandydat do naszego zestawienia najlepszych filmów roku 2010. Dzięki za cynk. :fingerok:
_________________
tell me what you don't like about yourself
 
 
smoke 
koneser



Wiek: 25
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 874
Skąd: Ziemia Obiecana
Wysłany: 2011-01-08, 13:48   

jazu napisał/a:
Przede wszystkim genialnym posunięciem Boyle'a było to, że zrezygnował z tradycyjnej formy opowiadania na rzecz ciekawych zabiegów narracyjnych i nieco eksperymentalnego oddziaływania na widza obrazem


To wszystko prawda, ale jakoś mi to nie przesłanie całokształtu tego filmu, bo moim zdaniem tak naprawdę nie ma się nad czym rozwodzić. Ogólnie powiem, że szału zdecydowanie nie robi. Niczym mnie ten film nie ujął i nie zaskoczył, a jedynie oglądało się naprawdę dobrze. Warsztatowo stoi na bardzo wysokim poziomie i właściwie na tym się jego bardzo wysoki poziom kończy, bo co z tego, że dostajemy ładnie opakowaną i ciekawą historię, skoro jej wymowa i przesłanie wieje banałem na kilometr. Jak dla mnie to jednak za duża dysproporcja w tej materii. Zapewne po kilku dniach o nim zapomnę i tyle zostanie z tego dzieła, bo ten film jest zwyczajnie płytki.

Edit: Jazu nie bij. :)
_________________
Bez bólu nie ma satysfakcji.

Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 3633
Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-01-08, 15:09   

smoke napisał/a:
Edit: Jazu nie bij.


Każdy może mieć własne zdanie, no nie? ;)
Może i banalne przesłanie, ale za to jak podane! Mnie ten film poruszył i pozytywnie nastroił. Polecam.
_________________
trzeba się zastanowić co najbardziej uszczęśliwi Ramzesa
 
 
 
smoke 
koneser



Wiek: 25
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 874
Skąd: Ziemia Obiecana
Wysłany: 2011-01-08, 15:39   

jazu napisał/a:
Polecam.

Ja również polecam, bo nie mam wątpliwości, że film tak czy inaczej zobaczyć warto, mimo naszego odmiennego stanowiska. :fingerok:
_________________
Bez bólu nie ma satysfakcji.

Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 3633
Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-01-08, 16:25   

UWAGA SPOILERY

W sumie, smoke, to ja jeszcze trochę popolemizuję z tym, co napisałeś. Nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że "płytki". Właśnie zważywszy na prostotę całej sytuacji, a co za tym idzie - fabuły, wyszedł z tego film całkiem głęboki, z pozytywnym, dającym kopa przesłaniem. "Banalny" piszesz. Hm. Mi się wydaje właśnie, że scenarzystom i reżyserowi udało się nie przegiąć całej historii, a było to sprawą niezwykle trudną. Tak łatwo było przecież wrzucić do filmu kilka retrospekcji o tym, jaką to fajną miał rodzinę, kochających rodziców, świetną dziewczynę i w ogóle życie, a teraz zamiast tego umiera sobie z ręką przyciśniętą głazem i myśląc o tym wszystkim nareszcie docenia. Wyszło by poprawnie, ale przewidywalnie i zbyt sentymentalnie. Ekipie stojącej za tym obrazkiem udało się tego uniknąć i myślę, że była to nie lada sztuka. Sam nie wiem jak oni zrobili z tego taką fantastyczną robotę: mamy wspomnienia bohatera, ale podane w taki sposób, że nie trącą one morałem, widzimy jego marzenia, a także halucynacje, jakich doświadcza w wyniku wyczerpania organizmu. Widzimy wreszcie jego rozpaczliwą walkę o wydostanie się spod głazu. Wszystko to jest podane w sposób niezwykle "filmowy", wszystkie elementy i płaszczyzny opowiadania mieszają się ze sobą tworząc spójną historię ze spójnym przekazem, a końcówka już jest tak naładowana emocjami, że głowa mała. Mnie się podobało i co byś nie napisał, zdania swego nie zmienię.

Ostatnio miałem okazję oglądać inny film o woli życia, "Essential Killing" i ci powiem, że umywa się on do "127 godzin" i to mocno. Skolimowski zrobił film o tym, że wola życia jest niezbywalna i żeby przeżyć jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Film wyciszony, naturalistyczny, brutalny. Właśnie na tamtym seansie czułem "pustkę", bo z filmu wynikało, że chcemy żyć i już, za wszelką cenę i choćby kosztem drugiego człowieka - taka nasza ludzko-nieludzka natura. Film Boyle'a z kolei unika tak brutalnego postawienia sprawy i koncentruje się raczej na powodach, dla których warto żyć i jakkolwiek, czy uznamy je za banalne czy nie, to chyba każdy jakieś swoje ma. A co jak co, ale "127 godzin" nie jest prostym filmem, który by je łopatologicznie i "na chama" podawał.
_________________
trzeba się zastanowić co najbardziej uszczęśliwi Ramzesa
  
 
 
 
smoke 
koneser



Wiek: 25
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 874
Skąd: Ziemia Obiecana
Wysłany: 2011-01-08, 17:11   

No cóż, mnie po prostu ten obraz nie ruszył, nie zaoferował mi nic, co by stanowiło dla mnie temat do refleksji i przemyśleń. Pewnie właśnie z tego względu nie uważam go za film głęboki czy wybitny. Z drugiej strony nie popadam w skrajność, bo nie uważam go także za film banalny (bo tak określiłem tylko jego przekaz), ani za film przegięty, pretensjonalny czy wymuszony, w żaden patos na szczęście też nie poleciał. Wydaję mi się jednak, że twórcy zrobili większą sztukę z samego warsztatu filmowego, niż z całej historii i jej wymowy by wynikało. Moim zdaniem powinno być raczej odwrotnie, bo to jednak przesłania cały odbiór filmu.
Poza tym skojarzył mi się z "Into the wild", którego może nie powinienem porównywać, ale jeśli sprowadzić oba filmy to relacji międzyludzkich i ich znaczenia w naszym życiu, to jednak są pod tym względem podobne. Jedyna różnica polega na tym, że "Into the wild" mnie faktycznie poruszył, a nie był tylko namiastką emocjonalną, jak "127 godzin".
_________________
Bez bólu nie ma satysfakcji.

Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 3633
Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-01-08, 17:27   

smoke napisał/a:
nie zaoferował mi nic, co by stanowiło dla mnie temat do refleksji i przemyśleń.


Też po nim nie snułem wielkich refleksji, zadziałał raczej natychmiastowo, w trakcie oglądania - efekt świetnego filmowego warsztatu. Mi to wystarcza, Tobie nie i tu się chyba różnimy. W sumie może trochę jest tak, jak piszesz, ale ja w przypadku tego filmu (jak i paru innych) nie potrafię oddzielić filmowej formy od treści. Jedno po prostu przechodzi w drugie.

smoke napisał/a:
Wydaję mi się jednak, że twórcy zrobili większą sztukę z samego warsztatu filmowego, niż z całej historii i jej wymowy by wynikało.


Wycisnęli po prostu z historii tyle, ile się dało. Zdajesz sobie sprawę z tego, że był to film o kolesiu, który szedł po pustyni i przycisnęła go skała. To jest taka fabuła. Zadziwiające ile potrafi wycisnąć z tego dobrze zgrana ekipa. :fingerok: Znowu napiszę, że zdjęcia, aktorstwo, muzyka i wyjdzie, że forma. ;) Najlepiej po prostu obejrzeć.
_________________
trzeba się zastanowić co najbardziej uszczęśliwi Ramzesa
 
 
 
smoke 
koneser



Wiek: 25
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 874
Skąd: Ziemia Obiecana
Wysłany: 2011-01-08, 17:35   

jazu napisał/a:
Wycisnęli po prostu z historii tyle, ile się dało. Zdajesz sobie sprawę z tego, że był to film o kolesiu, który szedł po pustyni i przycisnęła go skała. To jest taka fabuła. Zadziwiające ile potrafi wycisnąć z tego dobrze zgrana ekipa. :fingerok: Znowu napiszę, że zdjęcia, że muzyka i wyjdzie, że forma. ;)

Zgadzam się, że dużo wycisnęli i to trzeba im przyznać, ale czegoś mi i tak brakuje w tym wszystkim. Tak czy inaczej szacunek za zrobienie 1,5 godzinnego filmu o gościu przyciśniętym kamieniem, głównie ze względu na formę filmu właśnie :)
_________________
Bez bólu nie ma satysfakcji.

Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
 
 
K4DUK 
bywalec



Dołączył: 07 Sty 2011
Posty: 55
Skąd: Polska
Wysłany: 2011-01-09, 00:02   

Podobna sytuacja była z filmem Zasypany, Pogrzebany, Zakopany jakoś tam. Cały film główny bohater przesiedział w jednej skrzynce. Jak widać nie trzeba zajebistych efektów specjalnych do zrobienia filmu na poziomie.

A co do filmu to mnie nieźle zachęciliście, już... sobie załatwiam do obejrzenia. :hahaha:
 
 
BM 
hurtowy filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 17 Lis 2008
Posty: 5338
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-01-09, 06:05   

Obejrzałem. Faktycznie niezły obrazek. Dałbym mu nawet 8.5/10 tak na świeżo.


Jedna z bardziej zapadających w pamięć scena według mnie to ta...
Spoiler:
...w której nasz bohater rozmyśla o głazie czekającym na niego od początku wszechświata (w sensie - po to żeby go uwięzić, jakby całe jego życie sprowadza się do tego momentu).

Natomiast scena, której nie byłem w stanie obejrzeć w całości...
Spoiler:
...to odcinanie sobie przedramienia. Ja wiem, że pewnie nie można było tego pokazać inaczej ale mnie taki hiper-naturalizm zwyczajnie odrzuca.

Jeżeli chodzi o te wszystkie halucynacje i retrospekcje to faktycznie cud, miód i profeska. Całość momentami przybiera formę psychodelicznego teledysku - mam tu na myśli głównie specyficzny montaż (podobny zabieg zastosowano np. w Requiem dla snu).

Co do samego filmu (w ujęciu ogólnym) to także nie uważam, że nie jest to jedynie obrazek o woli przetrwania (tzn. także ale nie przede wszystkim). Myślę, że to też taki trochę komunikat z gat. "zatrzymaj się, nie pędź - wszystko co Cię otacza może w ciągu sekundy runąć jak domek z kart i stracić na znaczeniu". Wyłazi to w retrospekcjach dosyć wyraźnie. To także rzecz o zbytniej pewności siebie (a może nawet czymś takim jak pycha). Lekcja pokory, którą przeważnie - jak to w życiu bywa - odbieramy zbyt późno.

Film jest też pełen akcentów humorystycznych. Te autoironiczne rozmowy do kamery solidnie mnie rozbawiły.
Spoiler:
Dzień dobry wszystkim!
Jest 7 rano. Jesteśmy w Canyonland, USA.
Dziś przy głazie jest z nami gość specjalny.
Samozwańczy amerykański superbohater.
Aron Ralston!
Przywitajcie go.
Cześć. Miło mi, że mogę tu z wami być.


:hahaha:

I jeszcze co do samego zakończenia...
Spoiler:
Nie wiem czy tylko ja tak miałem ale nawet jak już się okazało, że wszystko ok, wyczołgał się z kanionu, znalazł pomoc, wezwano helikopter, itd., to wciąż miałem wrażenie jakby to była tylko jego halucynacja. Dopiero te wstawki "na faktach" i "co było dalej" utwierdziły mnie w przekonaniu, że on naprawdę się uratował.

smoke napisał/a:
Poza tym skojarzył mi się z "Into the wild", którego może nie powinienem porównywać, ale jeśli sprowadzić oba filmy to relacji międzyludzkich i ich znaczenia w naszym życiu, to jednak są pod tym względem podobne. Jedyna różnica polega na tym, że "Into the wild" mnie faktycznie poruszył, a nie był tylko namiastką emocjonalną, jak "127 godzin".

Moim zdaniem 127 Hours był o tyle "lepszy" od Into the wild, że pozbawiony pewnej dozy naiwności i neohipisowskiego romantyzmu. Poza tym też dosyć ciężko to porównywać bo motywy i profil charakterologiczny obu bohaterów tych filmów były zupełnie odmienne.
_________________
tell me what you don't like about yourself
 
 
smoke 
koneser



Wiek: 25
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 874
Skąd: Ziemia Obiecana
Wysłany: 2011-01-09, 13:04   

BM napisał/a:
Moim zdaniem 127 Hours był o tyle "lepszy" od Into the wild, że pozbawiony pewnej dozy naiwności i neohipisowskiego romantyzmu. Poza tym też dosyć ciężko to porównywać bo motywy i profil charakterologiczny obu bohaterów tych filmów były zupełnie odmienne.

Tak, to prawda, pod tym względem jest "lepszy", tak samo jak pod względem samego warsztatu, o którym mamy wszyscy podobne zdanie. Zasadniczo to różne filmy, dlatego porównałem je tylko w tym jednym aspekcie.

BM napisał/a:
Natomiast scena, której nie byłem w stanie obejrzeć w całości...

Ja obejrzałem (nawet dwa razy), ale nie powiem, żeby sprawiło mi to szczególną przyjemność. :)
Spoiler:
dlatego ją przewinąłem do początku, bo chciałem się dokładniej przyjrzeć jak ta ręka wyskakuje, a właściwie się odrywa
_________________
Bez bólu nie ma satysfakcji.

Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 30
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 3633
Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-01-09, 14:37   

BM napisał/a:
Jedna z bardziej zapadających w pamięć scena według mnie to ta...
Spoiler:
...w której nasz bohater rozmyśla o głazie czekającym na niego od początku wszechświata (w sensie - po to żeby go uwięzić, jakby całe jego życie sprowadza się do tego momentu).


Dokładnie. Mi też bardzo zapadła w pamięć.
_________________
trzeba się zastanowić co najbardziej uszczęśliwi Ramzesa
 
 
 
K4DUK 
bywalec



Dołączył: 07 Sty 2011
Posty: 55
Skąd: Polska
Wysłany: 2011-01-09, 22:13   

@Jazu, BM

Jestem właśnie świeżo po seansie i muszę powiedzieć, że film dobry. Scena o której mówicie myślę, że jest sednem całej sprawy. Czyli zupełnie przeciwieństwo Essential Killing gdzie ludzie zabijali się aby przetrwać dla przetrwania, a nie dla rodziny, przyjaciół itd.

Jeśli chodzi o Into the wild, to nie ma co porównywać. Itw jest filmem pięknym, o wolności, o miłości, o ukochanych autostopowiczach, wspaniałych widokach. Jest przedstawiony za słodko, w przeciwieństwie to bardzo rzeczywistego obrazu Boyla.

Film dobry, dający do myślenia - zostawiajcie karteczki gdzie idziecie.
 
 
Iscariote 
kinomaniak



Dołączył: 31 Paź 2010
Posty: 231
Skąd: Łódź
Wysłany: 2011-01-16, 15:09   

Obejrzane.
Z początku byłem bardzo negatywnie nastawiony. Pomijając ładnie ujęte widoczki, to nic szczególnie interesującego się z początku nie działo. Potem przygniata go głaz i jakoś tak do połowy filmu myślałem sobie "no ile jeszcze można", ale potem zostałem miło zaskoczony. Głównie przez przemyślenia naszego bohatera i sposób prezentacji jego myśli, wyobrażeń, starań poprawienia sobie nastroju na różne sposoby. Wizje faktycznie iście teledyskowe. A potem następuje mocna scena z
Spoiler:
obcinaniem ręki
, która mnie wręcz zszokowała. Tzn wiedziałem, że tak się wydarzy bo wcześniej trochę poczytałem i wiedziałem, że na faktach, ale nie spodziewałem się pokazania tego w tak brutalny, dosłowny i bolący sposób. Zrobiło na mnie wrażenie. Może nie aż tak duże jak na was, ale ogółem wrażenie pozytywne po seansie i na 7,5 ocenię.

Do Essential Killing bym nie porównywał bo filmy skupiające się na dwóch zupełnie róznych koncepcjach potrzeby życia, zupełnie inaczej przedstawione. I film Skolimowskiego również przypadł mi do gustu.
Podobnie z Into the Wild. Romantyzm, szukanie siebie, wolności, łączenie sie z naturą... nie widzę za bardzo powiązań między tymi filmami.

Teraz jeszcze się zastanawiam, kto lepiej zagrał... Reynolds uwięziony w trumnie, czy Franco pod kamieniem, ale chyba jakby ich zamienić miejscami to podobny efekt byśmy otrzymali :P
_________________
Blogasek: http://iscariote.pl
 
 
 
TOXIC 
filmożerca



Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 1026
Skąd: Korova Milky Bar
Wysłany: 2011-01-22, 00:11   

smoke napisał/a:
Ogólnie powiem, że szału zdecydowanie nie robi. Niczym mnie ten film nie ujął i nie zaskoczył, a jedynie oglądało się naprawdę dobrze. Warsztatowo stoi na bardzo wysokim poziomie i właściwie na tym się jego bardzo wysoki poziom kończy, bo co z tego, że dostajemy ładnie opakowaną i ciekawą historię, skoro jej wymowa i przesłanie wieje banałem na kilometr. Jak dla mnie to jednak za duża dysproporcja w tej materii. Zapewne po kilku dniach o nim zapomnę i tyle zostanie z tego dzieła


Coś w ten deseń. Ciekawa historia, świetnie zrealizowany, ale w gruncie rzeczy jakiś taki lekki ten film. Spodziewałem się, że będzie to coś naprawdę poruszającego, przygniatającego, a to po prostu dobry film na wieczorny seans.
_________________
"Then that Cobain pussy had to come around and ruin it all."
 
 
maybac 
świeżak



Wiek: 18
Dołączył: 25 Maj 2010
Posty: 8
Skąd: Poznań
Wysłany: 2011-02-27, 18:37   

Niesamowicie nudny film, zdecydowanie najsłabszy z nominowanych. Nie rozumiem tego hajpa, do Into the Wild nie ma w ogóle podejścia. Nie polecam.
 
 
 
Duzeom 
bywalec



Dołączył: 13 Sty 2011
Posty: 83
Skąd: Stolica
Wysłany: 2011-03-11, 00:02   

maybac napisał/a:
Niesamowicie nudny film, zdecydowanie najsłabszy z nominowanych. Nie rozumiem tego hajpa, do Into the Wild nie ma w ogóle podejścia. Nie polecam.


Zgadzam się z przedmówcą.

Spoiler:
W tym filmie czuje zgrzyt z dwóch powodów. Pierwszy to przede wszystkim przedstawienie głównego bohatera. Na początku jest przedstawiony jako super cool trendy koleś, który ma świetne hobby, jest wyluzowany, dowcipny i pies na baby. Potem ironizuje z tego przed kamerą, że jest superbohaterem, który nikomu nie powiedział gdzie idzie. Wychodzi jego samotność, jego nieumiejętność nawiązywania głębokich relacji, jego prawdziwa tęsknota za dziewczyną. No dobra nawrócił się, stwierdził, że żył źle i prosi o przebaczenie. I nie mówcie ze to nie jest banalne. Bo dla mnie to strasznie zalatuje jakimś patosem, ckliwością i oklepanym motywem z odrodzeniem się.

Po drugie: ta opcja z wizjami. Te które przedstawiają jego pragnienia czyli wodę, to że pije piwo na imprezie czy nawet to że wspomina chwile (radosne i nie) swojej byłej dziewczyny to wszystko rozumiem. Jednak potem robiło się to nudne, po raz setny ta sama scena dziewczyny, po raz setny wałkowanie rodziny... i tak do znudzenia. Ckliwość i nuda.

Jeszcze dodam że te autoironiczne sceny pasowały jak pięść do oka. Ale może komuś się to podobało.

Doceniam za to dwie sceny które wymienił BM:
Wizja, że kamień na niego czekał przez miliony lat i scena z odcinaniem ręki.


Podsumowując nie polecam. Lepiej obejrzeć 14 minutowy dokument na YouTube.
_________________
http://theoryisfutile.wordpress.com/
 
 
John Bigboote 
koneser



Wiek: 29
Dołączył: 12 Lip 2010
Posty: 677
Skąd: Uć
Wysłany: 2011-03-13, 22:06   

maybac napisał/a:
Nie rozumiem tego hajpa, do Into the Wild nie ma w ogóle podejścia.


A miało mieć? Nie znam Into the Wild, ale zdaje się, że to nie są filmy o tym samym?

Spoiler:
Duzeom napisał/a:
Na początku jest przedstawiony jako super cool trendy koleś, który ma świetne hobby, jest wyluzowany, dowcipny i pies na baby. Potem ironizuje z tego przed kamerą, że jest superbohaterem, który nikomu nie powiedział gdzie idzie.


No ale właśnie dlatego to pasuje - mamy tu fajnego kolesia, który pewnie z tysiąc razy robił sobie samotne wycieczki do oddalonych miejsc nigdy nikomu nie mówiąc, dokąd się udaje. Za tysiąc pierwszym razem coś idzie nie tak i facet jest w ciemnej dupie. Jako widz nie życzę mu źle - zdążyłem go polubić. Że jeszcze w tak nieciekawej sytuacji koleś sobie ironizuje - dodaje mu +10 do kultu. Ale...

Duzeom napisał/a:
Wychodzi jego samotność, jego nieumiejętność nawiązywania głębokich relacji, jego prawdziwa tęsknota za dziewczyną.


Ralston wygląda na gościa, co to w każdej sytuacji stara się przede wszystkim polegać na sobie i na nikim innym. Dla niego wiązanie się z kimkolwiek "na poważnie" to wstęp do utraty wolności, min. wolności do włóczenia się po opuszczonych kanionach. On żyje przede wszystkim dla siebie. To nie tak, że jest wrednym egoistą, lubi przecież ludzi i dzieli się z nimi tym, co ma do zaoferowania. Ale chyba świadomie wybrał sobie, że nikogo nie będzie przy tym preferował i nikt nie zostanie dla niego kimś specjalnym. Ot tak, raz tu, raz tam, nigdzie i do nikogo się nie przywiązywać. Niefortunna przygoda sprawia, że zaczyna kwestionować to podejście.

W którym zresztą ja osobiście nie widzę nic bardzo złego.

Duzeom napisał/a:
Po drugie: ta opcja z wizjami. Te które przedstawiają jego pragnienia czyli wodę, to że pije piwo na imprezie czy nawet to że wspomina chwile (radosne i nie) swojej byłej dziewczyny


Tak się zastanawiam - te sceny z dziewczyną to na pewno retrospekcje?

Duzeom napisał/a:
Jeszcze dodam że te autoironiczne sceny pasowały jak pięść do oka. Ale może komuś się to podobało.


No, bez tej autoironii film pewnie nie dawałby rady. To jest jeden z głównych czynników lubienia Ralstona przecież.
 
 
migootka 
bywalec



Dołączyła: 16 Lut 2011
Posty: 161
Skąd: Łódź
Wysłany: 2011-03-19, 22:24   

Bardzo dobry film. Świetna realizacja. Brawa dla Franco, że udźwignął takie zadanie. Tym bardziej historia daje kopa, że jest prawdziwa. Polecam.
_________________
** człowiek człowiekowi wilkiem,a kiwi kiwi kiwi **
 
 
mr Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 1703
Skąd: Lublin
Wysłany: 2011-03-19, 23:13   

John Bigboote napisał/a:
Nie znam Into the Wild, ale zdaje się, że to nie są filmy o tym samym?


Wspólny wątek obcowania z przyrodą i jakiejś tam prawdziwej (bo oba na faktach) tragedii.

K4DUK napisał/a:
zostawiajcie karteczki gdzie idziecie.


http://www.forum-filmowe..../2538.htm#42215
chyba właśnie taką karteczkę dostaliśmy :hahaha:
_________________
"Thing. Motherfucker looks just like The Thing." - Freddy
"This snakeskin jacket is a symbol of my individuality and my belief in personal freedom." - Sailor
 
 
John Bigboote 
koneser



Wiek: 29
Dołączył: 12 Lip 2010
Posty: 677
Skąd: Uć
Wysłany: 2011-11-20, 15:23   

W weekendowej "Wyborczej" sprzed tygodnia jest fajny esej Daltona Conleya o znaczeniu podróży inicjacyjnych, po przeczytaniu już wiem, o czym jest "127 godzin". Conley wychodzi od opisu własnej podróży po Europie, którą przedsięwziął za nastolectwa, a potem pisze:

Cytat:
Nie jetem wyjątkiem. Aborygen przed wejściem w dorosłość musi samotnie spędzić pół roku w buszu. W naszej kulturze drapieżnego indywidualizmu tym "walkabout" była letnia podróż po Europie, kilkutygodniowy trekking w Appalachach albo wyprawa rowerem wzdłuż wybrzeża. Nieważne, jak daleko wyjeżdżałeś, chodziło o to, żeby odseparować się od dotychczasowego środowiska, przeciąć pępowinę, zatracić się. Tak, by później mieć co opowiadać dzieciom, oczywiście w wersji ocenzurowanej albo ździebko wyolbrzymionej (w zależności od potrzeb). Czy faktycznie samotny na górskim szlaku, czy tylko mentalnie - sam na ławce w obcym mieście - potrzebujesz chwili samotności, z dala od swojego środowiska, żeby zrozumieć, kim jesteś, uprzytomnić sobie relacje łączące cie z innymi ludźmi. Bez tego nigdy nie będziesz twórczy, pomysłowy. Nigdy nie będziesz w pełni sobą.


Dalej Conley pisze, że ten zwyczaj współcześnie właściwie nie istnieje, skoro codzienne technologie typu smartfony i portale społecznościowe sprawiają, że nigdy nie jesteśmy sami, nawet więcej, że ludzie nie uświadamiają sobie konieczności bycia czasowo tylko i wyłącznie ze sobą.

"127 Godzin" można traktować jako film o przypadkowej, wręcz wymuszonej okolicznościami inicjacyjnej podróży, w czasie której Ralston uświadamia sobie, co go łączy z innymi ludźmi i czego mu właściwie w życiu brakuje.
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1652
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-02, 13:03   

Przeczytałam wszystkie opinie o tym filmie i z każdą z nią zgadzam. Widać, jakie mam mieszane uczucia wobec niego. No bo, oglądało mi się to świetnie, emocje jaki mi towarzyszyły podczas obserwacji zmagań Arona ze skutkami własnej nieodpowiedzialności, głupoty, braku pokory, ale i bohaterstwa, niezłomności, czy odwagi były równoznaczne z emocjami samego bohatera. Od ekscytacji, poprzez strach czy determinację po zasypianie. Czyli pod względem realizacji film doskonały. A reszta? Zawiodło mnie trochę zakończenie filmu, szczególnie to zdanie
Spoiler:
Aron nadal wyrusza w niebezpieczne podróże, ale pamięta, aby zostawić kartkę przed wyjściem, dokąd się udaje
. Dlatego też, nie jestem do konca przekonana do tego co zacytował John Bigboote, że jest to film o wyprawie inicjacyjnej. Jest to film o człowieku, który nie potrafi żyć bez wiekszej dawki adrenaliny, który od małego kocha wyzwania, zmagania się z potegą większą niż on sam. Nie poddał się, stracił kawałek ręki, ale nie stracil wiary w siebie, nadal stawia czoła naturze, ale czy wyniósł z tego okrutnego dośwaidczenia jaką naukę? ostatnie zdanie filmu mówi, że nauczył się pozostawaić kartkę z informacją celu wyprawy. Trochę to trywialne w obliczu tego, co przeszedł, czy co powinien przejść. Miejmy nadzieję, że druga lekcji pokory zostanie mu zaoszczędzona.
Ktoś, na innym forum, napisał: "Boyle jest taką teledyskową wersją Paulo Coelho. Próbuje nam sprzedać g***o pod hasłem przypominania najprostszych życiowych prawd.". Po krótkmi namysle, przewijając sobie w głowie, parę filmów tego reżysera, stwierdzam, że jest to bardzo trafne spostrzeżenie.

Film w gatunku filmów rozrywkowych, ma u mnie dość wysoką notę (atrakcyjny montaż, muzyka, plenery, atrakcyjny aktor, świetnie dał sobie radę z rolą Arona), ale jeśli chodzi o "Film, Który wywarł na mnie najwieksze, czy choćby duże wrażenie" - to słabiutko.
_________________
"Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
 
 
K. 
koneser



Dołączył: 22 Lis 2008
Posty: 970
Skąd: Westpommern
Wysłany: 2011-12-02, 13:49   

Czyli po tym co się stało powinien się zamknąć w czterech ścianach?
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1652
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-02, 13:57   

Niekoniecznie. Można zmagać się z naturą z pokorą. Ja w filmie nie zauwazyłam jej ani grama. tego mi tu brakowało. To pewnie kwestia indywidualnego podejścia to tematu.
_________________
"Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe

e-mail: admin@forum-filmowe.pl
[ kontakt, współpraca, wymiana bannerów, zapytania, uwagi, reklama ]

Page Ranking Tool stat4u