FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
Musimy porozmawiać o Kevinie
Autor Wiadomość
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2011-12-16, 19:14   Musimy porozmawiać o Kevinie

Musimy porozmawiać o Kevinie / We need to talk about Kevin
reż. Lynne Ramsay (USA, Wielka Brytania 2011)

Tytułowy Kevin to demoniczny nastolatek, który świadomie manipuluje swoim otoczeniem, nie uznaje żadnych zasad i z prowokującym uśmiechem mówi: "Wstajesz rano i oglądasz telewizję, jedziesz samochodem i słuchasz radia. Chodzisz do swojej nudnej pracy albo nudnej szkoły, ale o tym nie mówią w głównym wydaniu wiadomości. Doszło do tego, że nawet ludzie z telewizji często oglądają telewizję. Na co oni wszyscy tak patrzą? Właśnie na takich jak ja...". Magnetyczna Tilda Swinton i demoniczny Ezra Miller w thrillerze obnażającym najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, który prowokuje, pociąga i nie daje o sobie zapomnieć. [opis dystrybutora]

Film, który chciałabym Wam polecić, jest w pewnym stopniu wywołany naszą wczorajszą rozmową na temat "Chłopca na rowerze". Powątpiewałam w niej w szczęśliwe zakończenie wspomnianego obrazu - nie jako 'niemożliwe', ale mało prawdopodobne... W sukurs przyszła mi do głowy niedawno przeczytana książka Lionela Shrivera "Musimy porozmawiać o Kevinie' - ale to książka - nie film - nie byłoby to na równej płaszczyźnie, więc odpuściłam... Kiedy jednak wieczorem przejrzałam listę pretendowanych do Złotych Globów, odkryłam, że powstał już film, a jego główna aktorka - Tilda Swinton- nominowana jest do nagrody... Obejrzałam. To jest to! Od tej chwili mówię jako widz nieobiektywny, bo dzieła broni dla mnie nie tylko obraz, ale też jego literacki pierwowzór. A jest to lektura, po której zostaje się z zaciśniętą krtanią i wzrokiem wbitym w głąb siebie.

Ten film / książka to przede wszystkim studium trudnego rodzicielstwa. A w zasadzie macierzyństwa. Przeciwwaga dla wszystkich błękitnych i różowych wyobrażeń, że dziecko to tylko klejące się sprzęty o zapachu mleka i kolorowe zabawki z pozytywkowym brzmieniem, wesołe wierszyki i słodkie 'dobranoc' tuż przed zgaszeniem światła. To kolec w oku tych, którym wydaje się, że rodzice mają wpływ na wszystko, co dotyczy ich dzieci, również tych małych i że wyłącznie oni odpowiedzialni są kształt człowieka, na którego wyrasta ich synek czy córeczka... I że oczywistą jest sprawą, że miłość matki jest przyrodzona i obowiązkowa, a nić łącząca ją z potomstwem naturalna i bezapelacyjna.... Otóż zdarza się, że wcale tak nie jest. Zdarza się, że dziecko jest obce od zawsze i nie jest prostą sprawą nie tylko kochanie go, ale i współistnienie w tej samej przestrzeni...

Film / książka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych - 'przed' i 'po' wydarzeniu, do którego prowadzą wydarzenia z pierwszego etapu i które determinuje wszystko, co dzieje się później. I dopiero to 'później' okazuje się być dla bohaterki wysiłkiem ponad miarę, któremu jednak stawia czoła i który w efekcie prowadzi do skruszenia muru oddzielającego ją od syna, do skruszenia tego chłopaka właśnie... Jej heroiczny wysiłek włożony w pokochanie własnego dziecka okupiony nieludzką ceną zostanie wynagrodzony namiastką zwycięstwa tak gorzkiego, że aż trudno uwierzyć, że możliwe jest w tej sytuacji odczucie ulgi, tąpnięcia emocji czy cienia satysfakcji...

Trudno mi mówić (choć chciałabym) o tym filmie bez zdradzania szczegółów. Powstrzymam się jednak, bo istota tego obrazu polega na odkrywaniu kolejnych elementów układanki - dociekaniu przyczyn, szukaniu związków między kolejnymi odsłonami. Pomieszanie czasów narracji może początkowo być mało czytelne, ale prowadzi wreszcie do wyjaśnienia, które wcale wyjaśnieniem nie jest.

Oszczędna gra. Surowość dialogów. Skromna ścieżka dźwiękowa. Wszystko podporządkowane temu, żeby uwagę skupić na próbie znalezienia odpowiedzi. Pytanie -każdy zada sobie sam...

Zdecydowanie polecam! Zdecydowanie polecam przeczytanie książki przed seansem - film ma pewne dziury i zmiany, których znając pierwowzór nie trzeba zatykać. Zyskany czas i uwagę i tak pochłoną myśli z naklejką "Trudne".
Ostatnio zmieniony przez BM 2011-12-16, 19:41, w całości zmieniany 8 razy  
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-17, 22:44   

kulka napisał/a:

Zdecydowanie polecam!


Zdecydowanie zobaczę, mam takie postanowienie od moemntu, gdy tylko dowiedziałam się, że ten film powstał. Nie obiecuje, że książka będzie pierwsza przed seansem, może się uda.
Bardzo ciekawy temat, trudny, do którego, trzeba miec chyba trochę odwagi, żeby do niego podejść. Zazwyczaj omijany, bo wspólczuje się ofiarom, ich rodzicom, z całkiem oczywistych i zrozumiałych względów, a rodzicom sprawcy pozostaje krótkie, z wyrzutem "spłodziliscie mordercę!". A to, takie proste jak piszesz, nie jest.
Oprócz spłodzenia, czyli przekazania pewnych genów, istnieje także możliwość jakichś zaburzeń w rozwoju mózgu, czy jego uszkodzenia, a później wpływ na dzieciaka, ma oprócz rodziców środowisko, w którym młody człowiek rosnie. Wydaje się, że jeśli dziecko nie ma żadnych obciążeń genetycznych, ani uszkodzeń, a nawet, gdy z jakichś względów, obraca się w niezbyt przyzwoitym środowisku, to jednak miłość rodzica może wiele. Pod warunkiem, że jest to Miłość nieegoistyczna, połączona z obdarowaniem dziecka także wolnością w sensie "moje dziecko nie jest moją własnością, ani maskotką, ani maszynką do spełniania moich marzeń i leczenia moich kompleksów - jest osobnym człowiekiem. Ale miłość miłością, a życie życiem, a człowiek jest tylko człowiekiem...
I jak piszesz, miłość matki, czyu ojca, nie musi być aż tak oczywista i ustalona z góry. Że powołam się na ostatni filmowy przykład pt. "Chłopiec na rowerze". Niektórzy nie umieją kochać, co nie znaczy, że nie chcą.

Bardzo, bardzo jestem ciekawa tego filmu, i aż się boję, jaki może być ciężki. Pamiętam, jak kiedyś przeżyłam, gdy pomyślałam co może czuć matka amerykańskiego studenta pochodzenia koreańskiego, który w szale zabił kilkanaście osób na uczelni.
Ojciec Brejvika, gdy dowiedział się, co nawyprawiał, wyrzekł się go. Być może (takie chyba były inforamcje) uczynił to nieco wcześniej, gdy był mały.
Nie wiem nic kompletnie o filmie, poza tym, że opowiada o rodzicach, czy ich relacjach z synem. Jeśli tylko będę miała możliwość zobacze.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-18, 01:56   

DA napisał/a:
Ojciec Brejvika, gdy dowiedział się, co nawyprawiał, wyrzekł się go. Być może (takie chyba były inforamcje) uczynił to nieco wcześniej, gdy był mały.


Co?!
 
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2011-12-18, 11:16   

DA napisał/a:
Ojciec Brejvika, gdy dowiedział się, co nawyprawiał, wyrzekł się go.


Nie wyrzec się jest znacznie trudniej...

DA, jestem ciekawa Twojej opinii na temat tego filmu - bardzo. Jeśli Ci się uda, przeczytaj najpierw książkę - wiele rzeczy wyjaśnia od podszewki - ważnych rzeczy...
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-18, 13:31   

kulka napisał/a:
DA napisał/a:
Ojciec Brejvika, gdy dowiedział się, co nawyprawiał, wyrzekł się go.


Nie wyrzec się jest znacznie trudniej...


Oczywiście, że tak. Najłatwiej i najbezpieczniej dla psychiki, jest zapomnieć, wyprzeć to co niewygodne, w jego przypadku.

Jutro idę do biblioteki, może znajdę tę książkę.
 
 
BM 
prezes



Wiek: 36
Dołączył: 17 Lis 2008
Posty: 5903
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-12-18, 15:53   

Również czuję się zachęcony. Chwilowo czekam jednak na lepszą kopię lub premierę kinową. Tak czy siak obejrzę na pewno. :fingerok:
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-18, 17:15   

DA napisał/a:
Być może (takie chyba były inforamcje) uczynił to nieco wcześniej, gdy był mały.


Tego nie rozumiem
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-18, 22:29   

jazu napisał/a:
Tego nie rozumiem

Gdy Brejvik był mały, nie nabijaj się, wiadomo o co chodzi... :)
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-18, 23:12   

Nie nabijam się! Nie rozumiem. Napisałaś, że ojciec wyrzekł się Brejvika przed wydarzeniami czyli najprawdopodobniej z powodu jego choroby psychicznej? I trafiłaś na takie właśnie informacje. Dobrze rozumiem?
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-18, 23:22   

Jeszcze raz, napisałam:
Cytat:
Ojciec Brejvika, gdy dowiedział się, co nawyprawiał, wyrzekł się go. Być może (takie chyba były inforamcje) uczynił to nieco wcześniej, gdy był mały.


Gdy ojciec Brejvika, dowiedział się co jego syn, nawyprawiał na wyspie, odżegnał się, wyrzekl się, powiedział, że nie chce go znać, coś w ten deseń.
Być może, uczynił to wcześniej, gdyż, jak czytałam, nie żył ze swoją żoną, czyli matką Brejvika,. Brejvik pochodzi z robitej rodziny, nie wiadomo, czy ojciec utrzymywał z nim kontakty, a jeśli, to jakiej one były jakości.
Czy wyraziłam się już jaśniej?
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-18, 23:26   

Okiej. :)
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2012-01-17, 15:15   

Niestety, tu zwracam się do kulki, nie udało mi się jeszcze zdobyć książki. Nie jest łatwo, mają ją tylko 3 biblioteki, w ponad 500-tysięcznym mieście, i to kawał drogi ode mnie. Ale nie odpuszczam, wkrótce, może udam się do jednej.
A teraz kilka słów o filmie. Bardzo trudno o nim się pisze, bo trzeba opanowywać natłok myśli, problemów, pytań jakie się cisną po seansie. MOżna by o nim gadać i gadać godzinami.

Pamiętam, jak swojego czasu, zmęczona wysłuchiwaniem narzekań co mniej światłych nauczycieli na mojego wspaniałego, acz dość krnąbrnego (oni mówili, że złośliwy, ja uważałam w duchu, że jest dowcipny dowcipem nie zrozumiałym dla grona), spytałam go "powiedz mi, dlaczego ty tak im dokuczasz, przeszkadzasz na lekcjach (zaznaczam, że były to kawały nie ubliżające niczyjej czci i godności, typu:wejście do szafy (w czasie lekcji ma sie rozumieć), wyciągniecie z tejże ozdób choinkowych i założenie ich na siebie itd.). A on mi odpowiedział: mama, my (bo nie psocił sam) się strasznie nudzimy, a poza tym, jeśli oni sobie na to pozwalają (bo byli też tacy, którzy mieli ciszę na lekcjach), my szukamy granic, ile nam wolno i ile oni wytrzymają. ". To była wspaniała lekcja wychowawcza (bo granice mojej wytrzymalości też badał - byłam umęczona jak nie wiem co), jakiej udzeliło mi własne młode dziecko. Szkoda, że w szkole żaden z tych kwękających nauczycieli nie rozmawia nigdy z uczniami szczerze i uczciwie, jak z partnerami. Podobnie zresztą jak nie rozmawiała matka z Kevinem. Ani z nim, ani z nikim o nim.

Kevin podobnie eksperymentował. Pomijam, że czuł się niekochany, niedopieszczony, niedorozmawiany przez swoją zimną, nieokazującą żadnych kompletnie emocji matkę, to jeszcze w swej dziecięcej niewinności i naturze badacza szukał granic na co może sobie pozwolić z własną matką, której wypowiedział wojnę. A mógł wiele, bez żadnych konsekwencji, strzelił z łuku w okno - ok. Robił w majtki w wieku 2-3 lat - ok - a jaki szacun matka zyskała, gdy raz nie wytrzymała, co skończyło się złamaniem ręki. I nie chodziło wcale o to że mu rekę złamała, tylko, że w ogóle zareagowała. Bo cokolwiek kevin by zrobił, ona po prostu wychodziła z pokoju, on zostawał sam ze sobą i swa złością, poczuciem obojętności ze strony matki (która nie umiała się odnaleźć w nowej sytuacji i znaleźć drogi do swego pierworodnego.

ten film jest nie tylko o trudnym i nie zawsze chcianym macierzyństwie, choć przede wszsytkim o nim, ale także - podkreślam - o odpowiedzialnym ojcostwie. Ojciec Kevina to dobry człowiek i mąż, nie pije, nie bije, kasy nie traci na dziwki, z dziećmi się pobawi, z córką zatańczy, z synem postrzela z łuku, najwieksza jego wada to nieobecnośc w domu, gdy już w tym domu jest, to niestety, lubi spokój i wszsytki brudy upycha pod dywan. Uważa, że jak się nie rozmawia o problemach, to ich nie ma. Eva, żona, gdy syganlizuje mu że są trudności z synem, on jej zaleca lekarza, bo ma urojenia.

Kevin jest pozostawiony samopas. Nie ma kompletnie żadnej więzi z matką, równie samotną, opuszczona i nieszczęśliwą jak on (przecież ona nie ma żadnych znajomych, przyjaciół z którymi by sie dzieliła wątpliwościami, nie radzi się psychologa etc.), nie ma więzi z ojcem, bo strzelanie z łuki raz w miesiącu plus wspólny posiłek to za mało, żeby dziecko czuło się bezpieczne i zaopiekowane. Zresztą, w tym domu w ogóle nikt z nikim tak naprawdę nie rozmawia.

takich rodzin jak ta są miliony, dobrze sytuowanych, ale niestety, wyobcowanych w środku, zimnych, stwarzających pozory tzw.porządnych rodzin. Na szczęście ich kevinki i więksi kevini, jakoś sobie w życuu radzą, to znaczy na tyle sobie radzą, że nie posuwają się do żadnych równie ekstremalnych demonstracji swej złości czy nienawiści, albo może niespełnionej miłości. Jakoś sobie radzą, ale czy są szczęślwi, to już inna sprawa.

Film jest rewelacyjny. jestem pełna podziwu dla twórców, dla scenarzysty, reżyserki, że potrafili tak wiele trudnych, kontrowersyjnych, problemów, pytań bez jednoznacznych odpowiedzi upchnąć w 1.5 godzinie. Aktorstwo - druga rewelacja! Tilda to wiadomo, mistrzyni, ale ci chłopcy jak zagrali! No i montaż - super, bardzo pomaga wczuc sie w emocje Bohaterów.
POlecam, ale nie wszystkim. Tylko tym zainteresowanym w.w. problematyką. Nie ma tu żadnych scen ani zdjęć typu zamieszczanych w Superekspresie czy Fakcie. Wszystko dzieje się w głowach postaci na ekranie i naszych.

EDIT: Dodam jeszcze, że ten film warto zobaczyć i powiązać z dwoma innym filmami: "Zabiłem moja matkę" http://www.forum-filmowe....+moj%B1+matk%EA

oraz "Droga do szczęścia" - z K. Winslet
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-17, 19:07   

I mnie się bardzo podobał, ale mam tak wiele wątpliwości co do tego seansu, że muszę sobie powtórzyć i w międzyczasie jeszcze najlepiej omówić z kimś kompetentnym. Bo jedna rzecz mi zasadniczo nie pasuje - Kevin uporczywie kojarzył mi się z antychrystem. Taki Damien z filmu "Omen" jest przy nim jak teletubiś. Nie poczułem wystarczająco czy może nawet w ogóle postaci matki i jej wpływu na Kevina tak, jak to opisujesz Doniu. Odrzuć Kevinku piłeczkę - Jeb!, Odrzuć Kevinku piłeczkę - Jeb!... i tak do zajebania! Nikt by tego nie wytrzymał, ale czy sytuacja może wyglądać AŻ TAK (pytam, bo szczęście posiadania dzieci, wątpliwe jak se myślę po tym filmie, mnie na razie nie dotyczy)? Starania z jednej strony, a z drugiej ciągłe odrzucanie i badanie granic. I do tego wypowiedź Ezry Millera - że "postać przeze mnie grana jest zdrowa psychicznie". :pukpuk: Przecież to nie był nawet psychopata (bo w etiologii psychopatii dopuszcza się czynniki środowiskowe), tylko jakiś nieprawdopodobny natural born killer, madafaka prosto z piekieł. Jakoś mi to wszystko wydaje się mało prawdopodobne.

Ok, aby być wiernym prawdzie, można pokazać, że i dziecko ma jakiś tam wrodzony temperament i może być dla mamusi jednym wielkim cierniem w dupie, ale stopień przerysowania tej postaci już na etapie dzidziusia nie przekonał mnie. Nie wiem, może nie poczułem gry Swinton. Ogółem, nie wyglądała na osobę na pierwszy rzut oka trykającą szczęściem i miłością i była jakaś taka rachitycznie powykręcana (ale też w filmie widzimy ją często w scenach "po"), ale absolutnie nie poczułem tego o czym piszesz Doniu - jej negatywnego wpływu na syna. Zamiast interakcji (co byłoby naturalne), zobaczyłem nowe wcielenie szatana. No bo nie zapominajmy, że w domu była też córeczka - prawdziwe oczko w głowie mamusi. ;)

I ok, skoro powstaje taki "Kieł", to dlaczego nie pokazać też sytuacji z drugiej strony? Jak najbardziej zasadne. Ale, o ile "Kieł" był filmem, który dla przedstawienia zagadnienia budował pewien model (taki np. w stylu jak Haneke te swoje modele robi), mocno nierealistyczny i groteskowo przerysowany, tak "Musimy porozmawiać o Kevinie" jest filmem zrobionym całkiem na serio, z założenia realistycznym, a co za tym idzie - z ww. względów dla mnie mocno nieprawdopodobnym. Dlatego też ciężko mi zestawiać te dwa filmy. A szkoda, bo gdyby je zestawić to by wyszedł mniej więcej obiektywny obraz sytuacji.

Nie wiem, może ja czegoś nie łapię w tym filmie. Prawdopodobnie Swinton nie załapałem (jeśli czegoś nie załapałem). Albo Ezry się tak wystraszyłem. Nie wiem. Muszę powtórzyć. Albo mógłbym przeczytać książkę. ;) Tymczasem nie wiem jak ocenić toto.

Bardziej pasuje mi refleksja kulki, ale z kolei jeśli ona jest bardziej trafna, to nie pasuje mi film (i być może książka).

A montażowo tudzież narracyjnie mi to bardzo przypomina "21 gramów" - też się tak oczekuje wielkiego "bum".

DA napisał/a:

ten film jest nie tylko o trudnym i nie zawsze chcianym macierzyństwie, choć przede wszsytkim o nim, ale także - podkreślam - o odpowiedzialnym ojcostwie. Ojciec Kevina to dobry człowiek i mąż, nie pije, nie bije, kasy nie traci na dziwki, z dziećmi się pobawi, z córką zatańczy, z synem postrzela z łuku, najwieksza jego wada to nieobecnośc w domu, gdy już w tym domu jest, to niestety, lubi spokój i wszsytki brudy upycha pod dywan. Uważa, że jak się nie rozmawia o problemach, to ich nie ma. Eva, żona, gdy syganlizuje mu że są trudności z synem, on jej zaleca lekarza, bo ma urojenia.


Nieobecność i generalny zwis to raz, ale z drugiej strony coś wydaje mi się jeszcze ważniejszego. Rodzice byli niezgrani, obcy sobie, każde z osobna podchodziło do Kevina. Gdy matka mówiła nie, to on mówił tak i pobłażał Kevinowi, a on sam czuł wtedy, że ma pałer. Matka nie wiedzieć czemu nie widziała w mężu partnera, a on nie wiedzieć czemu w żonie partnerki. Zabrakło konsekwencji. I jak dziecko wyczuje, że może rozgrywać rodzicami - to już jest po ptakach.

A skojarzenia z "Drogą do szczęścia" nie rozumiem. :hmm:
Dla mnie filmem łączącym się z powyższym jest, a raczej mógłby być (p.wyż.) "Kieł".
Jeszcze "Benny's Video" się linkuje.
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2012-01-17, 20:22   

jazu, niestety, odpowiedziałam ci dość długim postem, ale mnie w międzyczasie wylogowało, nacisnęłam coś niechcący, i cały mój wysiłek szlag trafił. A tyle razy prosiłam, żeby tę opcję wyłączyć. Na innych forach to sie nie zdarza, mozna siedzieć cały dzień póki sie sam nie wylogujesz. Nie mam siły anie czasu już więcej bić piany, może jeszcze coś doczytasz w poprzednim poście, albo wejdź na mojego bloga.

"Droga do szczęścia" - w kwestii kobiety nieszczęsliwej jako matki na pełnym etacie, będącej non stop w domu.

Kieł - to dla mnie bardziej metafora dyktatury politycznej niz dramat stricte psychologiczny.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-17, 20:26   

Możesz odzyskać w mozilli - przywróć wszystkie zamknięte karty. ;)
Wszedłem też na bloga. Inaczej to widzę. Jak "bić piany" to też mi się nie chce. ;)
Mam tylko jedno pytanie i zastanawiam się jak się do tego odniesiesz: Pamiętasz, że w całej tej historii była też córka?
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2012-01-17, 21:03   

Tak była córka, pamiętam o tym. Ale nie wszystkie dzieci są jednakowe. Poza tym, Eva gdy ją urodziła, była już kilka - kilkanaście lat starsza, rozżalenie na cały świat z powodu macierzyństwa, uwięzienia w domu, już pewnie minęło. Poza tym z drugim dzieckiem jest na ogół łatwiej niż z pierwszym, jest sie już wdrożonym w te sprawy, no i może Eva po prostu bardziej kochała już od małego Celię, ta to czuła nie było w niej tyle złości i gniewu, czy agresji.

przypomnę tu tylko jeszcze jedno zdanie jakie eva wypowiada do dwuletniego kevina - a mama to kiedyś była szczęśliwa, marzyła o podróżach, o Francji, dopóki nie pojawiłeś się ty. Kevin to było super inteligentne dziecko, zapewne także bardzo wrażliwe, potrafiło wyczuwać emocje rodziców.
A jeszcze jedno - Eva miała cały czas wyrzuty sumienia, że jest wyrodną matką, i to co jej robił Kevin, przyjmowała to jako karę. Pamiętasz ten pokój, jak go kevin urządził? Ona go tak zostawiła, Kevin jest juz duży, a ten pokój nadal wypacykowany.

Cytat:
Możesz odzyskać w mozilli -
- coś mi nie wyszło. Może to i dobrze, ze wcięło?
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-18, 19:46   

DA napisał/a:
Ale nie wszystkie dzieci są jednakowe.


Już wczoraj chciałem napisać. Doskonale rozumiem i przyjmuję ten argument. :) Jest taka ciekawa scena w filmie (chyba na polu golfowym), w której matka z Kevinem rozmawiają na temat tego, że są do siebie podobni. Być może, matka widząc trochę w Kevinie od początku siebie, nabrała do niego szczególnego nastawienia. No i poza tym, fakt, pokrzyżował jej plany.

DA napisał/a:
przypomnę tu tylko jeszcze jedno zdanie jakie eva wypowiada do dwuletniego kevina - a mama to kiedyś była szczęśliwa, marzyła o podróżach, o Francji, dopóki nie pojawiłeś się ty.


Masz rację wskazując na tę scenę. :fingerok:
Ja mam ten film do powtórki, ale na obecnym etapie i tak się będę upierał, że coś mi w tym filmie nie gra. Bo choćby scena, o której wspominasz - to nie było tak, że ona wypaliła z takim tekstem, tylko w reakcji na to, co robił Kevin, a robił niemało. Regułą było, że to on prowokował ją do złych reakcji albo atakował tak bardzo agresywnie, że spieprzała w obojętność.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny moment w tym filmie.
Spoiler:
Złamanie ręki.
To w tym momencie Kev ją zaszachował, powstało między nimi niepisane porozumienie. On jej nie wydał, ale ona cały czas czuła z tego powodu poczucie winy, poczucie winy które zbudowało między nimi specyficzną, ale
Spoiler:
- jak się okazało na końcu -
bardzo trwałą więź, poczucie odpowiedzialności. Miłość? :Oo: Pamiętasz w filmie taką scenę, w której ona mu się z czymś przeciwstawiała? A on wtedy wystarczyło, że pokazał paluszkiem na rękę.
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2012-01-18, 20:01   

Tak, pamiętam te wszystkie sceny, pamiętam ten film bardzo dokładnie jeszcze i myśle, że zapamiętam na długo.
Tak, jak napisałam, Eva miała poczucie winy, że nie jest wystarczająco dobrą matką, i niestety dała to odczuć Kevinowi, co go ustawiło od razu w pozycji zwycięzcy. Czyli nauka dla przyszłych i obecnych rodziców, czy nauczycieli, nie pokazywać dzieciom swych słabości. Dlatego też przytoczyłam opowieść o rozmowie z moim dzieckiem. Bo te sprytne i okrutne bestie natychmiast to wykorzystają.No chyba, że są malo bystre. :)

Ta scena na polu golfowym to była boska scena. Nawet po tylu latach ona skrzętnie wykonywała zadania wobec kevina. A teraz pójdziemy pograć w golfa, a później na kolację i prozmawiamy. A Kevin ją po mistrzowsku wypunktował w tej restauracji. Ona nigdy nie była spontaniczna, serdeczna, zawsze zimny plan i realizacja. Po prostu nie miała serca do bycia matką tego dość trudnego dzieciaka. W szkole też nauczyciele mają nawiększe kłopoty z dziećmi najmądrzejszymi, indywidualistami.

Tekst o Francji wypaliła, gdy kevin miał może ze dwa lata. Nigdy wobec niego nie była tak szczera jak w tym momencie.
Poza tym nigdy nie zadbała, żeby rozładować jego złość. Zostawiała go samego ze swymi emocjami.
Ja nie twierdzę, że ona jest wszsytkiemu winna, miała to nieszczęście, że miała dziecko, gdy nie była do tego jeszcze dojrzała. A przy tym nikt jej nie pomogł, ani ona nie szukała tej pomocy. Ale nie mozna powiedzieć, że się nie przyczyniła, i jej mąż na równi z nią, do tego, że Kevin stał tym kim się stał.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-18, 20:04   

Ale przyznaj. Miał coś z Antychrysta. :kotyeee:
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2012-01-18, 21:07   

Ej, szkoda, że jednak wcięło tego mojego poprzedniego posta, bo tam ci między innymi napisałam, że wg mnie nie miał nic z Antychrysta, ani innego diabła wcielonego.
Ja w nim ciągle widzę to male dziecko, samotne od niemowlęctwa, ktore płacze, a jedyne co dostaje od umęczonej matki (taki płacz może wykończyć człowieka, to prawda, ale w końcu dziecko się na świat nie prosiło) to krzywy usmiech i spacer na ulicę do młotów pneumatycznych, które mają zagłuszyć jego płacz. A przecież nie powiesz, że niemowle płacze bo jest zlośliwe, ono płacze z jakiegoś dyskomfortu.
A później, ciągle dalej widzę, tego złośliwego owszem, kevinka, walczącego o jakiś znak, że jest ważny dla matki, o jakieś jej emocje.
Tak jak jej powiedział, gdy był już dorosły, ty mnie nie polubiłaś, ty sie do mnie przyzwyczaiłaś. przykre prawda?
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-18, 21:12   

Hm. A więc wychodzi stara prawda o ludziach znana choćby z badań międzykulturowych - że Arabowi łatwiej niż Europejczykowi przyjdzie skrytykować Bliski i Środkowy Wschód. ;)
Do powtórki.
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2012-01-18, 21:17   

Łatwiej skrytykować ale i zrozumieć jednocześnie. :)
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-18, 22:34   

To co, ja mam też napisać, że lepiej "zrozumiałem"? :hahaha: Nieee, chyba jednak nie napiszę. ;)
 
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2012-01-18, 23:49   

No to dorzucę swoje trzy grosze, choć nieco powstrzymuje mnie czystość Waszej dyskusji, która dotyczy FILMU, a nie tego, co ja mam w głowie - czyli książki i filmu jako wtórnika. I boję się, że tę rozmowę zwyczajnie zepsuję...

Spoiler:
A rzecz zaczyna się już w samym zrozumieniu tytułu, który wcale nie jest taki oczywisty podczas lektury i zupełnie ma się inaczej, kiedy ogląda się film. Bo w pierwowzorze mamy do czynienia z kobietą, która pisze listy. Nieustatnnie. W pracy, w drodze do więzienia, w kafejkach podczas czekania na pociąg, w domu przed snem. Pisze je do męża, któremu opowiada o ich dziecku. Od zarania. Od czasów rozkwitu jej biura podróży, jej fascynacji światem, jej rozwijającej się kariery, miłości do męża, nadziei i obaw związanych z ciążą, w którą zachodzi u szczytu powodzenia zawodowego... I dziwne jest to, że tak to opisuje, wspominając urywkami o jakiejść makabrze, o jakimś mordzie nastolatka, który przez sporą część książki trudno wiązać z nią i jej rodziną. Raczej wkurza i irytuje fakt, że faceta przy niej nie ma, że jest opuszczona, że być może ją zostawił z dzieciakiem, a ona znalazła w sobie siłę, żeby go na siłę informować o losie potomka. Bo ona cały czas do niego mówi/pisze, w słowach szuka porządku w tym, co się stało, tłumacząc jemu, tłumaczy tak naprawdę sobie - musimy porozmawiać o Kevinie - brzmi tak normalnie, jakby mąż wrócił z pracy i żona chciała mu opowiedzieć, co zmalował ich pierworodny. To chyba jedyna 'normalność' - a właściwie jej namiastka - ta forma, którą przyjęła, żeby przejść drogę jej wspólnego życia z Kevinem aż do ostatniego listu, który -inaczej niż film - pokazuje porozumienie, wspólnotę i przyznanie się do miłości. Jak przyznanie się do winy.
List za listem odkrywa straszną prawdę, którą każdy może zrozumieć po swojemu - albo jako historię samotnego, nadinteligentnego dzieciaka, któy wyrósł na mordercę pod opieką zimnej matki, albo jako historię kobiety, która mimo wszelkich starań i prób zapłaciła każdą możliwą do zapłacenia cenę za próbę wychowania dziecka bez duszy, okrutnika od pieluch, szantażystę, który się nie cofnie przed niczym i nikim, żeby ją upokorzyć i ukarać. Że jest matką. I ona się nie broni przed przyjęciem kary - ani ze strony społeczeństwa, które ją potępi (o! jakie to łatwe!), ani ze strony prawa, ani własnego sumienia - bo nie ma nic gorszego niż to, co zrobił jej syn. A syn zniszczył ją, jej życie - ówczesne i resztę, która jej została, swoich rówieśników, jej męża i córkę. I siebie - czyli wszystko, co ma.
Książka jest przerażającym zapisem motywacji Kevina, którymi tłumaczył swoje 'dzieło' dokonane w sali gimnastycznej - zaplanowane do najmniejszego ruchu ręką, przewidziane w najdrobniejszych szczegółach, jest zapisem jego dojrzewania do pokory, które przechodzi w więzieniu - przez wszystkie stany - od dumy i chełpliwości, po lęk i małość - aż do wyznania miłości matce i oddania szklanego oka Celii - w małej drewnianej trumience, które jest symboliczną garścią ziemi rzuconą do grobu siostry, którą sam swoją celną strzałą tam zaprowadził. I oddaniem matce jedynego namacalnego śladu, że dziewczynka - tak inna od niego - była. Zresztą - szklane oko to też jego dzieło. Jeden ze sposobów, żeby matkę ugryźć, ukarać, zniszczyć - zniszczyć to, co kocha....
Film jest raczej zapisem tego, co widzi matka. Książka tego, co przeżywa. I nie obraziłaby się za słowa DA na temat kiepskiego macierzyństwa. Ale pewnie patrzyłaby uważnie czy widzi spryt i cwaniactwo jej syna w manipulowaniu emocjami dorosłych - tego wprowadzania w maliny dobrego taty, przy którym Kev zachowywał się rozkosznie - na gwizdek, za 'trzy cztery' - dopóki był w zasięgu jego wzroku - bo tatko był mu potrzebny w jego grze. A potem z niej usunięty bronią, którą sam mu do ręki włożył. I jak szybko staje się sobą, kiedy zostaje sam na sam ze swoją matką. I może ta okrutna szczerość, to jedyne, co mógł jej ofiarować. Paradoksalnie - jak dowód zaufania wobec kogoś, kto jest najbliższy, choć wszyscy mogliby przysiąc, że jest inaczej....

 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2012-01-19, 01:26   

No i zepsułaś. ;)
 
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe



Page Ranking Tool stat4u