FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
Mistrz
Autor Wiadomość
Oslo 
kinomaniak



Dołączyła: 25 Lut 2013
Posty: 246
Skąd: nieważne
Wysłany: 2013-03-13, 15:48   

Orange napisał/a:
Nie upraszczałbym tej relacji to zwykłego pan-zwierzę, chociaż to też jest mocno zarysowane, ale ma sens raczej dopiero kiedy dostrzeżemy próby Mistrza i Freddiego w celu wcielenia tego drugiego w sens życia pierwszego, bo dla mnie tych dwóch ludzi od kiedy się poznali nie potrafili bez siebie żyć i można tutaj doszukiwać się elementów homoseksualizmu, ogromnej męskiej przyjaźni czy innych bratniodusznych dupereli, ale najważniejsze pozostaje dla mnie, że nie potrafili i nie chcieli być oddzielnie.



No właśnie, dokładnie jest tak ty to przyjmujesz. Doszukujesz się w tych relacjach czegoś wielkiego, uduchowionego, a ja widzę tu zwyczajny pragmatyzm. Dlaczego wszelcy farbowani prorocy, twórcy sekt, sekciątek czy religii mniejszych i wiekszych, znajdują taki poklask wśród zbłąkanego (prawie każdy na swój sposób doświadcza w życiu zbłąkania, poczucia pustki, strachu etc.) ludu. Ano dlatego, że ci spragnieni przewodnika i nauczyciela widzą w takich osobnikach o wiele więcej niż oni reprezentują. Kim był Dodd? Na pewno żadnym uduchowionym prorokiem mistrzem. Jak dla mnie, był on zwyczajnym hochsztaplerem, robiącym kasę na ludzkiej naiwności (te seanse ze starszymi paniami, czy bełkotliwe książki objawione) i pragnieniu życia w jakiejś wspólnocie. A na dodatek wiecznie nawalonym alkoholikiem. Hm, gdzieś to już słyszałam, i to nie raz a propos mistrzów.

Czy Mistrze i Freddie, nie potrafili naprawdę bez siebie żyć? W pewnym sensie tak, ale tylko w pewnym.Każdy mistrz nie może się obejść bez ślepo wiernych sług, będących na każde jego skinienie, chcących się ogrzać w blasku chwały wodza czy mistrza a także by się życiowo ustawić.
Ten film można by też odnieść do sposobu rodzenia się i funkcjonowania wszelkich dyktatur, nie tylko sekciarsko - religijnych. Każdy tyran miał swoją wiernopoddańczą świtę, wykańczającą jego wrogów, albo choćby tylko tych, którzy nie są z nim, tak jak Freddie wykańczał tych, którzy poddawali w wątpliwość Oświecenie mistrza. Nawet nasi mizerni politycy nie mogą się obejść bez swych wiernopoddańczych popleczników (nie będę w tej chwili operowała żadnymi nazwiskami), którzy obracają w pył każdego kto powie złe na jego pana.
A Freddiemu wydawało się, że nie może się obejść bez Dodda, bo był samotny jak pies i cieszył się, że ktoś zwrócił na niego uwagę, docenił jego bimber, robi mu testy etc. Przecież on nic kompletnie, jak i wszyscy, nie pojmował z bełkotu mistrza, dla niego ważne było, że jest dla kogoś ważny, bo takie wrażenie starał się sprawić mistrz, by kupić sobie Freddiego z kopytami.

Ale czy gdy Freddie opuścił na jakiś czas swego mistrza, czy ten umierał z tęsknoty? Wręcz przeciwnie, miał się świetnie, zorganizował sobie nową siedzibę w Londynie. Co prawda, zadzwonił z prośbą o spotkanie do Freddiego, ale jak dla mnie był to bardziej rodzaj zabawy, sprawdzianu, czy piesek przyleci do nogi na byle gwizdniecie pana.

A Freddie? Myślę, że gdy sobie znajdzie jakąś laskę na stałe, odnajdzie się w życiu prywatnym, to jakoś da radę. Przecież w końcowej scenie tryska wręcz humorem, dowcipem i szczęściem. I sam się z siebie śmieje, bo wie, że mistrzem nigdy nie będzie, jest zbyt prostolinijny, szczery, wyskokowy i spontaniczny. I chyba jednak spragniony miłości kobiety nie mistrza. I on czujem, że do mistrzowania potrzeba zimnej kalkulacji i przebiegłości, umiejętności manewrowania ludźmi. A na to jest jest zwyczajnie za słaby. Bardziej lubi służyć niż gwiazdorzyć,

Co do występów obu panów – nie powiem, jestem także zadowolona. Phoenix był prawdziwym zwierzakiem, a PSHoffman s…synem.
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2013-03-13, 17:30   

Oslo napisał/a:
Każdy mistrz nie może się obejść bez ślepo wiernych sług, będących na każde jego skinienie, chcących się ogrzać w blasku chwały wodza czy mistrza a także by się życiowo ustawić.


Tylko, że jak widzieliśmy Dodd miał tych zwolenników od groma więc skąd takie zaangażowanie i walka o Freddiego? Może dlatego, że chciał jakiegoś wyzwania, a może tak jak już wcześniej pisałem chodziło o coś innego niż Sprawa.

Oslo napisał/a:
Każdy tyran miał swoją wiernopoddańczą świtę, wykańczającą jego wrogów, albo choćby tylko tych, którzy nie są z nim, tak jak Freddie wykańczał tych, którzy poddawali w wątpliwość Oświecenie mistrza. Nawet nasi mizerni politycy nie mogą się obejść bez swych wiernopoddańczych popleczników (nie będę w tej chwili operowała żadnymi nazwiskami), którzy obracają w pył każdego kto powie złe na jego pana.


Ok, ale pamiętaj, że zła prasa (czyli wpierdole na cześć) były dla takich organizacji ogromnym ciosem i mimo, że w filmie Dodd bardzo się na Freddiego za te wybuchy nie gniewał to ja jednak odbierałem to jako podkopywanie dołków pod Sprawą.

Oslo napisał/a:
A Freddiemu wydawało się, że nie może się obejść bez Dodda, bo był samotny jak pies i cieszył się, że ktoś zwrócił na niego uwagę, docenił jego bimber, robi mu testy etc. Przecież on nic kompletnie, jak i wszyscy, nie pojmował z bełkotu mistrza, dla niego ważne było, że jest dla kogoś ważny, bo takie wrażenie starał się sprawić mistrz, by kupić sobie Freddiego z kopytami.


Znowu zgoda, ale o co w takim razie chodziło Mistrzowi? Po co ten Freddie mu był aż tak potrzebny? Ni to wielki wiarus, ni mędrzec. Mnie ta jedna rzecz najbardziej zastanawia.

Cytat:
Ale czy gdy Freddie opuścił na jakiś czas swego mistrza, czy ten umierał z tęsknoty? Wręcz przeciwnie, miał się świetnie, zorganizował sobie nową siedzibę w Londynie. Co prawda, zadzwonił z prośbą o spotkanie do Freddiego, ale jak dla mnie był to bardziej rodzaj zabawy, sprawdzianu, czy piesek przyleci do nogi na byle gwizdniecie pana.


Nie wiadomo co działo się w głowie Dodda pod nieobecność Freddiego, ale do mnie po raz pierwszy w tej ostatniej scenie dotarło jak wielką role odgrywała tam jego żona i to właśnie w niej dopatrywałbym się źródła tej ekspansji. Sprawa to nie Dodd tylko Mistrz, a Mistrz miał większe rzeczy do osiągnięcia niż zamartwianie się nad jednym niewiernym. Muszę jeszcze raz zobaczyć ten chociażby po to żeby sprawdzić jak ma się ta relacja Mistrz-Dodd, bo niewątpliwie różnica istnieje, na początku Mistrz jest wszędzie, a Dodd tylko dla żony, później wg mnie zaczyna pokazywać się również Freddiemu i mimo, że ze sprawy został już wykluczony i nie ma dla niego ratunku to ostatnia rozmowa odbywa się między Freddiem a Doddem, między przyjaciółmi.
 
 
Oslo 
kinomaniak



Dołączyła: 25 Lut 2013
Posty: 246
Skąd: nieważne
Wysłany: 2013-03-13, 19:56   

Cytat:
Tylko, że jak widzieliśmy Dodd miał tych zwolenników od groma więc skąd takie zaangażowanie i walka o Freddiego?

Cytat:
o co w takim razie chodziło Mistrzowi? Po co ten Freddie mu był aż tak potrzebny?

Freddie robił dającą mega kopa gorzałę. A mistrz nie mógł się bez niej obejść, co by mieć lepsze wizje. Poza tym, Mistrz wyczuł we Freddiem wyjątkowo oddaną osobę, taką, która łyknie bez popicia każdą jego bzdurę. A może też mu się trochę Freddie podobał, na zasadzie przeciwieństwa. Może czuł do niego pociąg? Wszystko razem.
No chyba, że reżyserowi faktycznie chodziło o jakąś ilustrację teorii Freuda, jak tu wyżej wspomniano. Ja ten odczytałam jednak bardziej wprost i trzeźwo. Jako hasło - ludzie wystrzegajcie się, trzymając się za kieszenie, wszelkich nawiedzonych mistrzów.
Orange napisał/a:
Nie wiadomo co działo się w głowie Dodda pod nieobecność Freddiego, ale do mnie po raz pierwszy w tej ostatniej scenie dotarło jak wielką role odgrywała tam jego żona

Dodd miał wielu zwolenników, tak jak inni podobni mu mistrzowie (między innymi znani nam z historii)no bo można się było przy nim dowartościować, jako wyznawca jego idei, tworzył pewną zorganizowaną wspólnotę, pewnie miał jakiś magnetyzm, który przyciąga ludzi zagubionych, słabych i niezbyt myślących. Przecież takich jest więcej niż mądrych. Tylko Freddie dawał wycisk krytykom Mistrza. Mistrz niby się dąsał, ale jednak nie zganił.

Orange napisał/a:
do mnie po raz pierwszy w tej ostatniej scenie dotarło jak wielką role odgrywała tam jego żona i

Fakt, jak już wspomniałam przy Hitchcocku za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta. Wcześniej chciała się pozbyć Freddiego, widziała w nim zagrożenie, bo za bardzo rozpijał męża i mistrza w jednym. A każda kobieta wie, jak wielkim wrogiem dla mózgu faceta jest wódka spijana w nadmiernych ilościach. Rozpity za bardzo Mistrz mógłby stracić kontrolę nad sprawą.

Orange napisał/a:
na początku Mistrz jest wszędzie, a Dodd tylko dla żony, później wg mnie zaczyna pokazywać się również Freddiemu i mimo, że ze sprawy został już wykluczony i nie ma dla niego ratunku to ostatnia rozmowa odbywa się między Freddiem a Doddem, między przyjaciółmi

Być może, jak między przyjaciółmi, może właśnie dlatego, że Freddie został wykluczony. mógł tak potraktować, choć nie wierzy, że do niego nie wróci.

W sumie ten film nie jest na pewno na jeden seans. Dużo tu pytań, różne interpretacje, to dobrze dla filmu, ale mnie prawdę mówiąc nie chce się juz do tego filmu wracać. Nie mam ochoty oglądać tych dwóch facetów, Mistrza i Freddiego, tak bardzo ich nie lubię, a nawet gardzę nimi, są dla mnie uosobieniem rodzenia się tyranii, która ma zawsze oparcie w bezwolnym poddaństwie, w głupocie albo naiwności ludzkiej (pamiętasz ten seans, gdy Freddie biegał od ściany do okna na polecenie mistrza), braku wyobraźni i talencie wykorzystywania tego wszystkiego przez przebiegłych hochsztaplerów, nazywających się mistrzami czy wodzami.
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2013-03-14, 14:10   

Oslo napisał/a:
Być może, jak między przyjaciółmi, może właśnie dlatego, że Freddie został wykluczony. mógł tak potraktować, choć nie wierzy, że do niego nie wróci.


Wcześniej kiedy mógł też go tak traktował, patrz scena tarzania się po trawniku. Nagły nieopanowany wybuch radości.

Oslo napisał/a:
pamiętasz ten seans, gdy Freddie biegał od ściany do okna na polecenie mistrza


Jasne. Bardzo ważna scena. Jedna z najważniejszych bym rzekł nawet, ale jak zwykle ja odbieram ją jako ogromną walkę Freddiego żeby się wdrożyć, uwierzyć.
 
 
Oslo 
kinomaniak



Dołączyła: 25 Lut 2013
Posty: 246
Skąd: nieważne
Wysłany: 2013-03-14, 15:24   

Orange napisał/a:
Jasne. Bardzo ważna scena. Jedna z najważniejszych bym rzekł nawet, ale jak zwykle ja odbieram ją jako ogromną walkę Freddiego żeby się wdrożyć, uwierzyć.


A temu nie zaprzeczam, jako samotny i zagubiony, dość prosty człowiek, szuka oparcia, jakiegoś drogowskazu w jakim kierunku ma podążać, w co wierzyć, żeby mu było łatwiej żyć.

Orange napisał/a:
Wcześniej kiedy mógł też go tak traktował, patrz scena tarzania się po trawniku. Nagły nieopanowany wybuch radości.

Wszystko bardzo pieknie, co nie zmienia faktu, że taki duet może być bardzo niebezpieczny. Malwersacje finansowe, robienie ludziom wody z mózgu, rząd nad duszami, zabójstwa, pobicia etc. Z Doddem żegnamy się, gdy rozbudowuje swoje imperium. Nie mogę pozbyć się skojarzeń z takimi "mistrzami" jakimi byli kiedyś dla milionów np. Stalin czy Hitler. Ten 1-szy jest wielbiony do dziś.
Mnie naprawdę nic nie urzekło w relacji obu panów.
 
 
gall anonim 
filmożerca



Wiek: 39
Dołączył: 19 Sie 2012
Posty: 2174
Skąd: Łazy
Wysłany: 2013-03-23, 18:29   

Paul Anderson to ciekawy przypadek, bo osobiście raczej preferuję kino rozrywkowe, ale jeden z niewielu reżyserów kina nazwijmy ambitnego, nie rozrywkowego, którego filmy mnie nie nudzą i więcej podobają mi się. Inni to np. Lynch (ciekawe czy jeszcze coś nakręci kiedyś, bo jego ostatni film to porażka była), Sam Mendes. A najlepsze że wszystkie filmy Andersona oglądałem głównie ze względu na aktorów, a nie z powodu reżysera, tak było że świetnymi Boogie Nights, które obejrzałem głównie ze względu na Reynoldsa i Julianne Moore'a. Podobnie było z równie rewelacyjną Magnolią, gdzie obsada mnie zachęciła do filmu na czele z Cruisem. No i to samo film z Day Lewisem, który swoją rolą zniszczył system, ale akurat Aż poleje się krew już aż tak bardzo nie podobał mi się jak wcześniej wymienione pomimo tego że od strony technicznej czyli reżyseria, zdjęcia, muza, montaż to niesamowity poziom, ale jakoś tak uważam tylko za dobry film. Może dlatego że film ma bardzo taki zimny klimat, film ogląda się bez emocji, na chłodno, ale podobny klimatem jest właśnie Mistrz, bliżej mu do filmu z Lewisem niż do wcześniejszych filmów i co ciekawe tym razem podobało mi się bardzo. Choć podobnie jak wcześniejsze filmy obejrzałem Mistrza dla jak zwykle świetnego Hoffmana a przede wszystkim Phoeniksa który swoją klasę udowodnił. Choć wcale nie musiał, bo o tym od dawna wiadomo że aktorem jest wielkim. Więc dla mnie żadnym zaskoczeniem nie jest jak zagrał, ma wiele świetnych ról na koncie jak np. w Walk the Line,ale przyznaje że ta jest jego najlepszą rolą i dałbym mu oscara. Lincolna nie widziałem jeszcze więc nie wiem jak Lewis się sprawdził, choć byłbym zaskoczony gdyby zaprezentował się poniżej swojego poziomu. Choć w sumie w jednym filmie wypadł gorzej od innych aktorów, chodzi mi o Czarownice z Salem gdzie Winona Ryder była genialna (co się stało z tą aktorką?). Co do Phoeniksa to facet się niesamowicie rozwija a w czasie oglądania Mistrza odnosiłem wrażenie że oglądam aktora na miare de Niro z najlepszych lat czy Petera Sellersa albo właśnie na poziomie Day Lewisa, to jaką rolę stworzył tutaj to brak mi słów, prawdziwa aktorska meamorfoza. Dobre są też role kobiece, w tym epizod ma Laura Dern którą dawno nie widziałem. Wiadomo że reżyseria, zdjecia, montaż, muza, to klasa sama w sobie i chyba skuszę się i obejrzę pozostałe dwa filmy Andersona czyli Lewy sercowy i jego debiut Hard Eight. Świetny film i pisze to osoba co raczej preferuje kino bardziej rozrywkowe, ale w sumie dla mnie nie ma podziału jakiego rodzaju filmy oglądam, bo najważniejsze by film był dobry.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2015-01-25, 17:01   

Powtórka niewiele wniosła. Nie polubię tego filmu. Rozumiem o czym i co piszecie, ale nie jestem w stanie się zgodzić z tym, że w filmie nie ma jednej zbędnej sceny. Owszem, ze względu na rewelacyjne zdjęcia, grę aktorską itd. ogląda się to nie aż tak źle, ale historia krótko mówiąc nie porywa, a czas podczas projekcji zdaje się zwaaalniać. Redundantny film. Kopytko. ;)

Mam nadzieję, że "Inherent Vice" będzie w stylu "starego" Andersona...
 
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2015-01-25, 17:37   

Cytat:
Mam nadzieję, że "Inherent Vice" będzie w stylu "starego" Andersona...


Recenzje zgodnie twierdzą że to najbardziej odjechany i "osochozzi" film PTA, więc wiesz :hahaha:
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe



Page Ranking Tool stat4u