FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
Mistrz
Autor Wiadomość
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-02-14, 14:11   Mistrz

Mistrz / The Master
reż. Paul Thomas Anderson (USA 2012)

Po kapitulacji Japonii miliony młodych Amerykanów wracają do swojego kraju. Wielu z nich znajduje się na granicy załamania nerwowego. Jednym z takich mężczyzn jest Freddie Quell (Joaquin Phoenix). Były marynarz nie potrafi odnaleźć się w powojennym świecie. Nadużywa alkoholu i zachowuje się agresywnie. Z powodu picia traci każdą pracę, jaką uda mu się znaleźć. Pewnego dnia Freddie spotyka charyzmatycznego Lancastera Dodda (Philip Seymour Hoffman), pisarza, filozofa, a przede wszystkim przywódcę rozwijającej się sekty, której członkowie bezgranicznie wierzą w głoszone przez niego nauki. Freddie staje się inspiracją dla Lancastera. Mistrz postanawia mu pomóc i przystosować do życia w społeczeństwie. Stopniowo Freddie dostaje się pod coraz większy wpływ Mistrza. [filmweb]

Zapowiedzi reżysera i kampania reklamowa pozwalały sądzić że The Master będzie skupiał się na problematyce okołosekciarskiej czy wpływie charyzmatycznej jednostki na grupę, tymczasem mamy tu do czynienia bardziej z pojedynkiem charakterów, zaś wyżej wspomniana tematyka robi za tło - nie zostaje zlekceważona, Anderson formułuje kilka interesujących wniosków, ale na dobrą sprawę realia czy czas akcji można by bez problemu zmienić, jednocześnie nie ruszając za bardzo reszty. The Master traktuje o "pojedynku psychologicznym", relacjach trzech silmych indywidualności - lidera sekty (ruchu religijnego, filozoficznego - jak zwał, tak zwał), jego żony oraz przybłędy który przypadkowo przeciął ich ścieżki, by w krótkim czasie zostać jednym z ulubieńców Mistrza.

Relacje te są dość mocno skomplikowane, a w ogarnięciu całości może przeszkadzać fragmentaryczna narracja, widzimy bowiem tylko "punkty kulminacyjne" historii i sporą ilość rzeczy trzeba sobie dopowiadać i odczytywać z gestów postaci (zwróćcie uwagę co robi Mistrz np. pod koniec numeru "musicalowego" czy na oczy żony podczas sceny "zmian kolorów"), ich wypowiedzi czy nawet kadrowania. W każdym razie ja raczej większych problemów nie miałem i chyba ogarnęłem wszystko za pierwszym razem, no ale powtórkowy seans dla zasady na dniach zaliczę. Wracając do postaci - Anderson serwuje dość niesztampowe rozwinięcie ich relacji. Najprostsza w interpretacji jest żona, która podczas oficjalnych meetingów trzyma się z boku i robi za potulną służkę, ale koniec końców okazuje się, że trzyma męża za jajca (dosłownie) i zasadniczo jest mózgiem całej organizacji. Dodd jest "twarzą" ruchu, dzięki charyzmie i sprytnemu stosowaniu sztuczek psychologicznych i socjotechnicznych wkręca nowych członków i utrzymuje starych w przekonaniu o własnej zajebistości, sam jednak tej całej ideologii nawet nie przemyślał (książki dyktuje mu żona) i kiedy dochodzi do konieczności improwizorki wymyśla wszystko na bieżąco i często się wykłada na obronie podstawowych założeń (i tu w sukurs przychodzą wspomniane wyżej umiejętności, dzęki którym bez większego wysiłku potrafi przekonać ludzi że czarne jest białe, a białe jest czarne). Do tej sprawnie funkcjonującej maszynki wpada ziarnko piasku pod postacią Freddiego - żołnierza II Wojny, seksoholika i alkoholika potrafiącego pędzić bimber ze wszystiego, który nie ma za bardzo koncepcji na swoje życie i krąży od pracy do pracy, praktycznie każdą kończąc grubszą burdą. Chłopak wkręca się na statek Lancastera i prowokuje grubszą rozróbę, ale Mistrz mimo to bierze go pod swoje skrzydła, oficjalnie dzięki wspomnianemu bimbrowniczemu skillowi, i zaczyna próby "formowania" go wedle standardów obowiązujących w Ruchu (odrzucamy wszystkie zwierzęce popędy itp.).

Mistrz początkowo zdaje się traktować Freddiego jako swoiste wyzwanie i test własnych umiejętności (bardziej nieprzystającej do jego ruchu osoby ze swiecą by nie znalazł), a moim zdaniem dochodzi do tego "druga osobowość" Lancastera, który przez dogmatyczne odrzucenie "dzikości", "zwierzęcości" i konieczność ciągłego kontrolowania swojego zachowania ("pęka" tylko raz w całym filmie)widzi we Freddym odbicie swoich ukrytych pragnień życia na bakier ze wszelkimi możliwymi zahamowaniami, regułami. Przemycono również sugestie homoerotyczne i one też wydają się mieć zastosowanie w tym przypadku. Co zaś do Freddy'ego... Freddy traktuje Mistrza najpierw jako obiekt (nie do końca) ukrytych drwin i ze wszystkich sił stara się pokazać sobie i innym , jaki to on jest niezależny i ma głęboko w... wszystko i wszystkich, ale mimo wszystko coraz bardziej się do niego przywiązuje, niczym wierny, ale trochę nieobliczalny pies (co zresztą zostaje podkreślone w jednej ze scen). Dodd zaczyna być dla niego swego rodzaju substytutem rodziny, bliskości z drugim człowiekiem. Od pewnego momentu Freddie zresztą autentycznie próbuje się wpasować, chociaż gołym okiem widać, jak bardzo go to męczy. Wspomniana trójka bohaterów wydaje się być metaforą id, ego i superego (na to akurat sam nie wpadłem, ale interpretacja bardzo pasuje, swoją drogą sporo miałem podczas seansów skojarzeń z Dangerous MethodCronenbergha).

Oczywiście całość nie byłąby w polowie tak dobra jak jest gdyby nie aktorstwo. Phoenix zdecydowanie zalicza najlepszą rolę męską w kinie amerykańskim od dobrych kilkunastu lat, tak właśnie powinno się grać świrów, wariatów. Chodząca beczka prochu, w każdej scenie na krawędzi wybuchu, zawsze nieprzewidywalny i dziki, ale jednak mimo to facet nie szarżuje (powtórki z Comodusa nie uświadczymy) i doskonale panuje nad swoim bohaterem. Cooper z wiadomego filmiku przy tej roli po prostu nie istnieje. PSH jak to PSH, klasa, bardzo podobało mi się jak przełączał się między trybami "Mistrza" (oficjalnie) a "normalnym" (przy żonie czy częściowo przy Freddiem). Phoenix ma jednak ciekawszą rolę i po prosty kradnie show. Bardzo dobra jest też Amy Adams, która w odpowiednich chwilach potrafi magnetyzować wręcz charyzmą i siłą woli, chociaż 3/4 czasu ekranowego gra pozornie idealną żonę.

Realizacyjnie jest standardowo jak na tą ekipę, muzyka, montaż, zdjęcia - wszystko na odpowiednim niebotycznie wysokim poziomie. Podoba mi się to, że jak zwykle Anderson potrafi zastosować środki formalne do przekazania rzeczy, których z różnych powodów nie mógł pokazać poprzez dialog czy fabułę. W przeciwieństwie do Magnolii i TWBB nie ma na szczęście pretensjonalnego filozofowania w dialogach i Bardzo Ambitnych Metafor w końcówce, w ogóle strasznie podobało mi się dość wyciszone ( a przy tym ironiczne)zwieńczenie tej opowieści.

Ogólnie seans obowiązkowy dla każdego, bez dwóch zdań najlepszy film mijającego roku. Polecam.

Ocena: 9/10
Ostatnio zmieniony przez BM 2013-02-14, 16:53, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-02-14, 21:59   

Szkoda, że nie przeczytałam Twojej wypowiedzi zanim wybrałam się do kina....Byłoby mi łatwiej przejść przez ten seans.... To, co tak gładko i sensownie przedstawiłeś powyżej, u mnie rodziło się wśród kamieni.... Zgodziłam się wreszcie z "Mistrzem" i w końcu znalazłam do niego własną drogę, choć do koncepcji id, ego i superego nie doszłam....
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-02-14, 23:32   

To akurat nie moja interpretacja, w Internetach ją wyczytałem - ale wg mnie bardzo pasuje, tym bardziej że film ewidentnie próbuje grzebać w psychiatrycznej problematyce. W ogóle rzucam okiem na pojedyncze sceny z tego filmu i nie mogę sie nadziwić jak precyzyjnie sie wszystko tutaj do kupy składa - praktycznie brak scen zbędnych czy też nieistotnych z punktu widzenia fabuły, a sekwencje które początkowo uznałem za zbędne /przesadzone (test Roscharcha na ten przykład) przy zapoznaniu sie z całością zyskują na klarowności. W sumie nie potrafię rozgryźć jedynie motywu z wykopywaniem rękopisu - zastanawiałem sie nad zestawieniem tego z mistrzowymi próbami grzebania w podświadomości/przeszłości/poprzednich wcieleniach, ale jakoś mi sie ta hipoteza nie klei.
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-02-14, 23:45   

Dla mnie momentem, który został najdłużej, jest scena z motocyklem - pozornie kompletnie oderwana, ale po pwrocie do niej - spójna i zamknięta, a jednocześnie kompatybilna - jakby była pigułką,w której zamyka się całość. Pewnie takich 'kropli' jest więcej ... Kiedy czytam Twoje wypowiedzi mam wrażenie, że do filmu powinnam wrócić raz jeszcze - może teraz, kiedy się 'układa', zobaczę to, za co Ty przyznałeś mu 9 punktów :hmm:
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-02-15, 00:06   

Scena z motorem niszczy. Pamiętasz jak to cwanie wykadrowali? Mistrzu kiedy jedzie znajduje sie ciągle na środku kadru, a Freddie na samej krawędzi, jakby miał zaraz spierdolić z niego. Co też robi :) chociaż bezdyskusyjnie najlepsza jest scena pierwszej sesji. Ciary miałem.
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-02-15, 06:40   

Jarod napisał/a:
Pamiętasz jak to cwanie wykadrowali?
Kurczę, nie zwróciłam na to uwagi :zalamka
Takich scen perełek jest więcej - pierwsza sesja, wybuch przy fotografowaniu, w więzieniu i otwierające i zamykające film momenty na plaży... A wszystko jako ilustracja depresji, poszukiwania i zwątpienia ...
I kiedy to piszę czuję taką beznadzieję, że nie wiem czy dam radę pójść do pracy :zalamka
 
 
Syn marnotrawny 
bywalec



Dołączył: 20 Sty 2013
Posty: 143
Skąd: Stare krzywe
Wysłany: 2013-02-16, 19:01   

Dobre kino. Lubię takie, można się w nim rozsmakować.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2013-02-19, 17:49   

Oczywiście sobie nie przeczytałem przed seansem tego, co powyżej, ale mam jedno pytanie: czy wypada/należy/przyda się poczytać o scjentologii przed seansem czy raczej niekoniecznie?
 
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-02-19, 18:20   

Niekoniecznie, podstawowe informacje wystarczą. Sekciarstwo robi tu bardziej za tło.
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-02-19, 18:48   

Przychylam się do opinii Jaroda - chyba że chcesz być jak pan profesor i od razu polemizować. Ważniejsze, żebyś nie oflądał go zmęczony, wkur...zony, znudzony czy skacowany. Zobacz go z ciekawością :) ;)
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2013-02-19, 18:53   

kulka napisał/a:
zmęczony, wkur...zony, znudzony czy skacowany.


Za dużo wymogów naraz. :hahaha:

Że nie skacowany - to mogę jeszcze obiecać. :hahaha:

A z ciekawością na pewno - to film, na który czekam od dawna.
 
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-02-19, 18:56   

jaz napisał/a:
Że nie skacowany - to mogę jeszcze obiecać.


Fakt, skacowany jest ten, który już przestał ;) :hahaha: :winko:
BTW Jestem ciekwa Twojej opinii. :kawusialuzak:
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-02-19, 19:25   

Ja zaczynałem seans z nastawieniem że film sie nie spodoba i go zjadę, zaskoczenie więc było spore. Też czekam na opinię, i ciekawi mnie głos Surfera jako speca od spraw religijnych i ezoterycznych, może dostrzeże coś więcej w tych gadkach o reinkarnacji i motywie "życia po życiu" - bo tego jednak nie rozkminiłem do końca.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2013-02-19, 19:30   

Przeczytałem o tej scjentologii, na razie trochę.

W oczekiwaniu na napisy (bo na kino nie będę czekał, bo może nawet nie puszczą, a poza tym tu dzieje się dyskusja) wrzucę jakieś filmiki z YT o scjentologach (choć ta cała ich "sekta" w kontekście filmu może wcale nie być jakaś super ważna albo w ogóle nieistotna - dla przykładu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Xenu :lolokopter: ; niemniej obejrzeć nie zaszkodzi).

Ale już po tym krótkim tekście odnoszę wrażenie, że PT Anderson wraca do swoich ulubionych tematów. ;) Może być nieźle. Napalony jestem na ten film jak bury kocur. :wyglodnialy:
 
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2013-03-01, 13:02   

Ale mi się nie podobało! :klniejakszewc:

Postmoderna pełną gębą. Film można by powiedzieć 'enigmatyczny", ale według mnie (oglądałem zmęczony ;p) mętny, niezrozumiały, przekombinowany. I zabijcie mnie, ale ja za cholerę nie wiem, co przysłowiowy poeta miał na myśli i co chciał przekazać. Bardziej odbieram to jako film o sekciarstwie, bo odniesień do scjentologów jest tu cała masa, ale zdaję sobie sprawę, że reżyserowi - scenarzyście chodziło o coś więcej; jakieś coś na temat tożsamości czy jakieś wielkie rzeczy dotyczące sensu życia lub jego absurdu i bezsensu; poszukiwania tego z poziomu zwierzęcego, dopasowywania się i podkolorowywania rzeczywistości i jej struktury, układania jej w głowie i internalizowania jej, co by życie nie było taką szamotanina i piciem paliwa rakietowego tylko. Nie wiem czy można to traktować jako przypis do psychoanalizy... bo jeśli tak, to po tej reżyser pojechał po całości, przedstawił jak grę w głupiego Jasia chłopców z poprawczaka. Najbardziej mi to przypominało męczący i trudny film "Kieł". I nie wiem do jasnej ciasnej, co znaczy to stwierdzenie, kluczowe moim zdaniem, z końca filmu, że każdy ma swojego Mistrza w życiu. Coś tam próbuję przypasować, ale ogólne wrażenie wyniosłem takie, że film jest nudny, trudny, niejasny, przekombinowany. Pierwszy przypadek, gdy film Andersona praktycznie w ogóle mi się nie spodobał. Może kiedyś do niego dojrzeję, wrócę, spalę przed seansem sto skrętów i wtedy zrozumiem. Na chwilę obecną mogę tylko napisać, że nie zrozumiałem i dlatego nie podobał mi się.
Kuźwa, miesiąc czekania na napisy, zgrzewanie się jeszcze dłuższe, a tu taki zonk. :klniejakszewc:

Oceny nie ma, bo nie rozumiem.
  
 
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-03-01, 13:26   

jaz napisał/a:
nie wiem do jasnej ciasnej, co znaczy to stwierdzenie, kluczowe moim zdaniem, z końca filmu, że każdy ma swojego Mistrza w życiu.

Ogólne określenie na stosunek zależności moim zdaniem.
jaz napisał/a:
jakieś coś na temat tożsamości czy jakieś wielkie rzeczy dotyczące sensu życia lub jego absurdu i bezsensu; poszukiwania tego z poziomu zwierzęcego, dopasowywania się i podkolorowywania rzeczywistości i jej struktury, układania jej w głowie i internalizowania jej, co by życie nie było taką szamotanina i piciem paliwa rakietowego tylko.

Ja to odbieram jako konflikt światopoglądów, że się tak wyrażę. "cywilizacyjna" część natury (mistrz) vs "zwierzęca" (Freddie). Archetypiczne postacie, chociaż ciekawe było to, że każdy z nich po trosze tęsknił za "drugą stroną".

Ale wyznam, ze jestem w lekkim szoku. Spodziewałem się hymnów pochwalnych z Twojej strony, a tu zonk :)
 
 
Ostatni Surfer 
ostatni surfer kali jugi



Wiek: 36
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 5373
Skąd: CARCOSA
Wysłany: 2013-03-01, 18:10   

jaz napisał/a:
(oglądałem zmęczony ;p

To jeden z powodów cienkiego odbioru.

jaz napisał/a:
I zabijcie mnie, ale ja za cholerę nie wiem, co przysłowiowy poeta miał na myśli i co chciał przekazać.
jaz napisał/a:
Bardziej odbieram to jako film o sekciarstwie, bo odniesień do scjentologów jest tu cała masa, ale zdaję sobie sprawę, że reżyserowi - scenarzyście chodziło o coś więcej; jakieś coś na temat tożsamości czy jakieś wielkie rzeczy dotyczące sensu życia lub jego absurdu i bezsensu; poszukiwania tego z poziomu zwierzęcego, dopasowywania się i podkolorowywania rzeczywistości i jej struktury, układania jej w głowie i internalizowania jej, co by życie nie było taką szamotanina i piciem paliwa rakietowego tylko.

No właśnie. Cieżko okreslić o czym konkretnie jest film, bo dotyka wielu rzeczy. Niemniej określenie film o sekciarstwie jest tu jednak nie na miejscu. Bardziej ogólnie o religii czy wręcz duchowości. W końcu część motywów "duchowych" nie jest obca też innym kierunkom duchowości. Oczywiście scjentologia pożyczała dużo, bardzo dużo, a najpewniej z 95% z innych religii i nie tylko. Ale to nie jest film o scjentologii.
Jarod napisał/a:
Ale wyznam, ze jestem w lekkim szoku. Spodziewałem się hymnów pochwalnych z Twojej strony, a tu zonk

Przemyśli, obejrzy drugi raz i pewnie zmieni zdanie. Samemu mnie kusi druga projekcja, choć jaz nieraz już odrzucał pewne filmy klimatyczne z różnych powodów. ;)
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-03-01, 20:29   

Hm, ale gdzie Ty w tym filmie widzisz duchowość jako taką? Ta u PTA chyba tylko w TWBB była, tutaj ta cała ideologia opiera sie na socjologicznych sztuczkach i umiejętności manipulacji. Ja przynajmniej interpretuję tą historię jako w głównej mierze studium wszelkiego rodzaju zależności, opartych zarówno na potrzebach duchowych, jak i bardziej przyziemnych, elementy sekciarskie to takie samo tło jakim w BN było środowisko porno; Anderson nie lekceważy tematu, ale też nie idzie w kontrowersyjnosc i skupia sie na postaciach.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2013-03-01, 21:51   

Jarod napisał/a:
Ogólne określenie na stosunek zależności moim zdaniem.


A moim zdaniem nie. Treść tego, co się działo pomiędzy jednym a drugim stanowi kwintesencję i najważniejszy temat całej opowieści, inaczej niż w "Boogie Nights" (które jest filmem dość kul i przepełnionym humorem, ale też dramatem, ludzi o przewielkim libido, ale potencjalnie przecież rzeczywistych/środowisko gang bang ;]; na pewno relacje między mistrzem kierownicy ucieka i Dirkiem Digglerem nie były tak intensywne, a zarazem niejednoznaczne jak tu). Mistrz wyznaczał swojemu uczniowi rozmaite zadania, a jaki uczeń był z początku, wiadomo. Najpierw zadania dotyczące przeszłości, przeszłych wspomnień, a nawet wspomnień z poprzednich wcieleń (to ostatnie, to jest imo typowo ze scjentologii-dianetyki). Później z kolei próbował zmienić, powiedzmy, jego stan postrzegania rzeczy obecnych i nastawienie do nich (ta scena, co łaził po pokoju do ściany). A później wyznaczył mu punkt na pustyni, a on i tak mu spierdolił na motorze. Co więcej, pojechał nie mam pojęcia po co do dziewczyny, na wspomnienie z którą wcześniej, jeszcze przed całą "terapią" czy nauką wiązał jakieś silne, ale też dość jak na niego zdrowe przecież emocje (miał, jak się dowiadujemy z filmu, atak płaczu z nią związany/nostalgia - dziękuję tłumaczowi). A więc po całym tym sekciarskim procesie, znalazł się on w punkcie wyjścia od którego zaczął, tylko szkoda, że na przestrzeni tych lat, kiedy podróżował i pobierał nauki, sytuacja owej dziewczyny zmieniła się. Klamka zapadła i to se ne vrati. I on to przyjął ze spokojem, co też kompletnie, jedno z drugim, nie wiem co miałoby znaczyć. Nie lubię, jak w filmach są sceny, które nie wiem, co znaczą.

Jarod, molestowałeś mnie tu wcześniej o jakieś koneksje z psychiatrią (nie wiem czemu w sumie). ;)
Jeśli już, bardziej powinno być z psychologią, ale nieważne, bo nie o to mi chodzi. Jeśli można odnosić ten film do psychologii czy psychoterapii, to oczywiście, pewne punkty styczne by się znalazły w tym wieloznacznym i niezrozumiałym dla mnie filmie. Tylko jedna sprawa. Żadna szkoła i rodzaj psychoterapii nie przewiduje "usidlenia" emocji czy popędów, a tym bardziej okiełznania ich w sposób "intelektualny" albo ich eliminacji. To już jest (znowu, jak żywcem wzięte) założenie dianetyki - scjentologii. Psychoterapie nie opierają się na takim arbitralnie narzuconym podziale. Uczą radzić sobie z emocjami czy sytuacjami na wszelkie możliwe sposoby, emocjonalne, intelektualne, emocjonalno-intelektualne, a nawet przez unikanie ludzi czy sytuacji. Bo jak rozdzielić w takim procesie "dochodzenia do siebie" intelekt i emocje? Tego największe mózgi psychiatryczne i psychologiczne na ziemi nie wiedzą. L. Ron Hubbard wiedział jak, ale on dzięki temu nie jest w PTP ani nawet w amerykańskim. ;]

Ostatni Surfer napisał/a:
Ja to odbieram jako konflikt światopoglądów, że się tak wyrażę. "cywilizacyjna" część natury (mistrz) vs "zwierzęca" (Freddie). Archetypiczne postacie, chociaż ciekawe było to, że każdy z nich po trosze tęsknił za "drugą stroną".


Ok, rozumiem, w którą stronę kombinujesz i słusznie, bo ja kombinuję w podobną, ale mi z tego i tak guzik wychodzi. Jak mógł ten cały Mistrz prezentować cywilizację, intelekt czy rzeczywistość, do której jegomość pijący paliwo rakietowe średnio przystawał, skoro był osobą wymyślającą non stop i na bieżąco jakieś naprawdę kompletnie niedorzeczne i sekciarskie zdania, a w chwilach, gdy napotkał u kogoś pytanie wynikające z samodzielnej refleksji, to stawał się agresywny, złościł się i krzyczał, nie próbując nawet czegokolwiek uzasadniać a tym bardziej wchodzić w dyskusję. Tak reagował na każdą osobę myślącą inaczej. Ok, może autor właśnie tak chciał pokazać cywilizację, jako zbiór zasad kompletnie głupich, które trzeba wziąć na słowo, a z drugiej strony przeciwstawić temu człowieka prawdziwego, tabula rasa i id, pijącego paliwo rakietowe.

Ale przecież ani Mistrz nie pokrywa się z cywilizacją, bo bardziej pokrywa się z kompletnie niedorzeczną indoktrynacją i metodami sekciarskimi i ze zwierzęcym pragnieniem władzy i narzucenia innym swojej woli, ani jego uczeń nie pokrywa się ze sferą popędów; jest raczej dość mocno patologiczny. Jednym słowem, gdy pójdzie się po takiej interpretacji, to obaj są groteskowi i przerysowani. I miejscami równie durny jest Mistrz i uczeń. Nie wiem czemu miałoby służyć takie ujęcie. skomplikowaniu, w gruncie rzeczy prostego obrazu, uczynienie go mniej przystępnym?

Jarod napisał/a:
Wspomniana trójka bohaterów wydaje się być metaforą id, ego i superego


Można to podciągać, ale myślę, że co to niby ma zmienić w odbiorze tego męczącego obrazu? Adams co tam robiła w tym filmie? Jakoś nie poczułem jej roli w tym wszystkim, tak jak panów, jeśli się uprzeć, że reprezentowali oni id i superego. Coś w tm jest, ale film jest dla mnie mętny i nużący, miejscami, jeśli się weźmie pod uwagę niektóre sceny wydające się zbędne, zupełnie niejasny (albo zbyt dla mnie trudny).

Niestety i piszę to z przykrością, ziściły się moje najgorsze przewidywania dotyczące dalszej drogi Andersona. Początkowo był dowcipny i znacznie bardziej interesujący, nie wymagający takich analiz i metaanaliz. To kino się po prostu chłonęło, normalnie. "Aż poleje się krew" moim zdaniem już było zapowiedzią tego, czego mamy kontynuację w "Mistrzu", jakichś wielkich alegorii i wielkiego filozofowania w filmach lekko (ten pierwszy) lub bardziej (ten omawiany) męczących.

Sobie życzę żeby Anderson z powrotem zszedł bliżej poziomu ziemi i żeby mi się podobał tak, jak we wcześniejszych filmach. Ale może to ja tu czegoś nie rozumiem albo chciałbym żeby zostało przedstawione inaczej.

Nie wykluczam, że zmienię zdanie. Nasz wuja admin mógłby wprowadzić możliwość edycji starych postów... ;)

A Ty Surfer mógłbyś coś więcej dorzucić. ;p
 
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-03-03, 16:06   

@jaz

jaz napisał/a:
Oceny nie ma, bo nie rozumiem.


Tu mi się, niestety, wizualizuje scenka codzienna z mojej pracy, kiedy reaguję na słowa - "ja tego nie rozumiem" pytaniem - "czego?" i słyszę odpowiedź.... "niczego".... :suicide:

Jaz, miałeś film obejrzeć w optymalnych psycho - fizycznych warunkach - o czym zostałeś poinformowany.
Miałeś nie czytać hurtem o scientologii, o czym zostałeś poinformowany.

Oczekiwaliśmy, a w każdym razie ja, że potraktujesz odpowiedzi na swoje pytania poważnie, a tymczasem
jaz napisał/a:
Przeczytałem o tej scjentologii, na razie trochę.
a film obejrzałeś 'zmęczony'.

:eee?:

Zachęcasz do ataku, ale nie wiem czy chcesz dyskusji o filmie czy o tym, że masz rację nie rozumiejąc, bo masz określone oczekiwania względem reżysera i dzieła? Czytaj - na ile dopuszczasz do siebie, że faktycznie, bez 100 skrętów przed seansem, mozesz zobaczyć w tym filmie coś, o czym napisał tu ktoś inny niż Ty :)

Dla mnie w tym filmie - na skróty rzecz ujmując - dychotomia świata - potrzebujących i odpowiadających na te potrzeby, pragnienia wolności i potrzeby bycia podległym, duchowości i zakorzenienia w materialiźmie, idealizmu i życia w pragmatyzmie, poszukiwaniu sensu i pławieniu się w bezsensownych działaniach, życia w domu i bycia poza nim itd.... - ulega rozszczepieniu i wymieszaniu, sprowadzeniu jej do serii pytań, na które nie udziela się (na szczęście) jasnej odpowiedzi. Dla mnie ów obraz jest prowokacją do odnalezienia na tej mapie siebie i odnalezienia odpowiedzi na postawione pytania na własny użytek... A przede wszystkim na to - kim jest 'mistrz'? I jak długo można iść za nim?
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2013-03-03, 19:26   

kulka napisał/a:
Jaz, miałeś film obejrzeć w optymalnych psycho - fizycznych warunkach - o czym zostałeś poinformowany.


kulka napisał/a:
Ważniejsze, żebyś nie oflądał go zmęczony, wkur...zony, znudzony czy skacowany.


Zbyt dużo trudnych wymagań. Niestety, obawiam się, że ów zbiór powyższy wyczerpuje katalog wszystkich moich stanów emocjonalnych. :kotyeee:
Zmęczony było najlepszym akurat rozwiązaniem spośród wszystkich i też miałem akurat chwilę i w końcu doszły napisy.

O co mi chodzi... Oczywiście o udowodnienie, że mam rację, jak zwykle. :hahaha:
Ja tego filmu nie rozumiem, nie czaję, wynudziłem się jak mops i nie chciało mi się tej całej dziwacznej historii rozkminiać.

A to, że poczytałem trochę o scjentologach i obejrzałem parę dokumentów z YT (polecam!), to raczej taki dodatek, który potrafiłem odłożyć podczas oglądania na bok... ale wtedy rozumiałem z filmu jeszcze mniej.

Wolę Andersona wczesnego, bliższego ziemi i mniej przekombinowanego.
 
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2013-03-03, 19:37   

Film nie jest oczywisty i łatwy w odbiorze - czemu dałam wyraz zwracając się do Jaroda słowami zazdrości. Ale też moim zdaniem zyskuje na czasie - im dalej od projekcji, tym więcej się tego obrazu układa we mnie - i chaos obrazów i wrażeń, który miałam natychmiast po wyjściu z kina, teraz przybiera konkretny kształt. Oczywiscie nadal nie widzę teorii id, ego i superego, o których pisał Jarod, ale sporo innych treści ma swoją wymierną wymowę.

Proponuję Ci, jeśli masz wolę tolerancji dla naszych opinii, żebyś po jakimś czasie zafundował sobie powtórną projekcję. Masz podkład. Już wiesz, że film Cię zawiódł. Ba! Wkur..zyłeś się. masz rozjazd między oczekiwaniem a otrzymanym. Teraz możesz tylko zyskać.
Ja osobiście uważam, ze film ma głębokie przesłanie, ale wysublimowana forma ma wąskie grono odbiorców.

Nie lubię analizy i nie chcę go rozkładać po swojemu - to już wiemy. Zobacz go, proszę, jeszcze raz. Jestem przekonana, że znajdziesz więcej, niż teraz.
:)
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-03-06, 17:15   

jaz napisał/a:
Mistrz wyznaczał swojemu uczniowi rozmaite zadania, a jaki uczeń był z początku, wiadomo. Najpierw zadania dotyczące przeszłości, przeszłych wspomnień, a nawet wspomnień z poprzednich wcieleń (to ostatnie, to jest imo typowo ze scjentologii-dianetyki). Później z kolei próbował zmienić, powiedzmy, jego stan postrzegania rzeczy obecnych i nastawienie do nich (ta scena, co łaził po pokoju do ściany). A później wyznaczył mu punkt na pustyni, a on i tak mu spierdolił na motorze.

Ale Mistrzu moim zdaniem trochę traktował przypadek młodego jako wyzwanie, a trochę jako odbicie własnego "mroczniejszego ja", od którego on sam musiał uciekać. Zresztą to działało w dwie strony, Freddie też Mistrzowi kociołek Panoramixa przyrządzał co skończyło się wiadomo jak :hahaha: A Freddie w grupie widział po pierwsze "bliskość", rodzinność, po drugie traktował ich jako prześladowanych przez System (wymowne, że dopiero od akcji z aresztowaniem stał się w pełni "wierny").

jaz napisał/a:
A więc po całym tym sekciarskim procesie, znalazł się on w punkcie wyjścia od którego zaczął, tylko szkoda, że na przestrzeni tych lat, kiedy podróżował i pobierał nauki, sytuacja owej dziewczyny zmieniła się. Klamka zapadła i to se ne vrati. I on to przyjął ze spokojem, co też kompletnie, jedno z drugim, nie wiem co miałoby znaczyć. Nie lubię, jak w filmach są sceny, które nie wiem, co znaczą.

Też nie do końca. Znalazł w sobie odwagę, by wrócić i spróbować życia "cywilizowanego". I ta odwaga ważniejsza był IMO dla niego niż dziewczyna jako taka.
jaz napisał/a:
Ok, rozumiem, w którą stronę kombinujesz i słusznie, bo ja kombinuję w podobną, ale mi z tego i tak guzik wychodzi. Jak mógł ten cały Mistrz prezentować cywilizację, intelekt czy rzeczywistość, do której jegomość pijący paliwo rakietowe średnio przystawał, skoro był osobą wymyślającą non stop i na bieżąco jakieś naprawdę kompletnie niedorzeczne i sekciarskie zdania, a w chwilach, gdy napotkał u kogoś pytanie wynikające z samodzielnej refleksji, to stawał się agresywny, złościł się i krzyczał, nie próbując nawet czegokolwiek uzasadniać a tym bardziej wchodzić w dyskusję. Tak reagował na każdą osobę myślącą inaczej. Ok, może autor właśnie tak chciał pokazać cywilizację, jako zbiór zasad kompletnie głupich, które trzeba wziąć na słowo, a z drugiej strony przeciwstawić temu człowieka prawdziwego, tabula rasa i id, pijącego paliwo rakietowe.

"Cywilizację" reprezentowała żonka, Mistrzu był twarzą jedynie, i z niego czasami "dzikość" wychodziła o czym wspominałem. Stąd też m.in. ta fascynacja Freddiem - on był zmuszony do życia w Formie, a młody odrzucał wszelkie takie pierdoły nawet o tym nie myśląc.
 
 
Oslo 
kinomaniak



Dołączyła: 25 Lut 2013
Posty: 246
Skąd: nieważne
Wysłany: 2013-03-12, 17:16   

Ostatni Surfer napisał/a:
Niemniej określenie film o sekciarstwie jest tu jednak nie na miejscu. Bardziej ogólnie o religii czy wręcz duchowości.


Ja tutaj żadnej duchowości nie zauważam, raczej chęć zrobienia kasy na pałętających się po świecie zagubionych owieczkach. Mistrz nie ma żadnej wiedzy, czy duchowości oprócz intuicji kombinatora, jest zręcznym manipulatorem, operującym na ludzkich emocjach i strachu przed pustką. W dodatku alkoholik.
To jest film o falszywych prorokach, żerujących na ludzkich słabościach. Znając starą prawdę, że człowiek nie może obejść się mistrza, nawet byle jakiego, byle umiał gadać to co ludzie chcą usłyszeć i trzymać krótko za mordę ewentualnych odszczepieńców.

Trochę się zawiodłam, podobnie jak jazu. Tyle minut szarpania się dla oczywistych oczywistości.
Scena w więzieniu - ma dowieść, że pachołek potrzebuje swego pana, tak jak pan służalczego pachołka. Symbioza, bez której żadna organizacja, żaden system się nie utrzyma.

Dla mnie ten film jest ostrzeżeniem przed uzależnieniem się od wszelkich mistrzów, ideologii, przywodców, idoli bo to nie oni są dla nas, ale my dla nich, by mogli się pławić nie tylko w swoim blasku, ale także w pieniądzach.

Nie polubiłam tego filmu. Nie polubiłam żadnego z jego bohaterów, może tak miało być, żebym czuła się odstręczona od mistrza i jego pachołków. Bo Freddie nawet nie był uczniem, tak jak "mistrz" nie był żądnym nauczycielem, był tylko pachołkiem. Biedak, pod koniec, zazdroszcząc swemu mistrzowi, sam próbuje oblec się w jego szaty - scena w łóżku robienie testu dziewczynie. Na szczęście ze śmiechem porzuca ten zamysł, zdając sobie sprawę, że jest tylko zwierzęciem - powrót w myślach na plażę. Zresztą tak samo jak jego mistrz, który też jest samcem, ale mającym cechy i zdolności przywódcy stada.
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2013-03-12, 22:15   

Oslo napisał/a:
Scena w więzieniu - ma dowieść, że pachołek potrzebuje swego pana, tak jak pan służalczego pachołka.


A ja wcale tak tego nie widzę. Nie upraszczałbym tej relacji to zwykłego pan-zwierzę, chociaż to też jest mocno zarysowane, ale ma sens raczej dopiero kiedy dostrzeżemy próby Mistrza i Freddiego w celu wcielenia tego drugiego w sens życia pierwszego, bo dla mnie tych dwóch ludzi od kiedy się poznali nie potrafili bez siebie żyć i można tutaj doszukiwać się elementów homoseksualizmu, ogromnej męskiej przyjaźni czy innych bratniodusznych dupereli, ale najważniejsze pozostaje dla mnie, że nie potrafili i nie chcieli być oddzielnie. W tym kontekście walenie w ścianę i walka Freddiego z samym sobą staje się wręcz wzruszająca bo całe to cierpienie i męki wcielania się do Sprawy Freddie nakładał sam na siebie po to żeby nie tyle być godnym Mistrza co po prostu, żeby móc w jego otoczeniu przebywać bo jak wieszczy Żona nie można nie być oddanym całkowicie. Popieram też to co napisał Jarod, że sens tej historii działa bez tła scjentologicznego bo oczywiście główną rolę gra tu wzajemna fascynacja dwóch jednostek.

Mimo wszystko bardzo jasno świeci ta zależność pan i jego pies i właśnie relacja z tym zwierzęciem wg mnie idealnie oddaje sytuację tych dwóch tyle, że nie za bardzo wiem jak ją sobie dopasować. Może wyjaśnienia szukać trzeba właśnie w końcówce w tekście o tym, że każdy potrzebuje mistrza, a może zwierzęca natura Freddiego i jego wewnętrzna walka w celu stłumienia jej ma jeszcze bardziej uwydatnić jego chęć sięgania wyżej i dorównania Mistrzowi, chociaż bardziej chyba po prostu jego wymaganiom.

Jeszcze a propos tego życia w otoczeniu Mistrza, ta moja teoria wzięła się ze sceny obiady najbliższej rodziny kiedy to jej członkowie w wiadomy sposób wypowiadają się o Freddiem, z zazdrością starają się przekonać Dodda, że uczeń powinien zniknąć bo czują się zagrożeni, że tylko tym, że nowy członek Sprawy szybko zyskuje pozycję, ale może właśnie tym, że ich relacja wykracza poza Sprawę, może boją się, że gdyby kiedyś Freddiemu udało się wyhodować lepiej działający mózg to mógłby coś namieszać.

Słowem zakończenia chciałbym jeszcze wyrazić swój zachwyt głównym duetem aktorskim. Panowie Phoenix i Hoffman pokazali klasę, że chuja urywa i o tyle o ile po Hoffmanie się tego spodziewałem to takiego występu Phoenixa sobie nie śmiałem nawet wymarzyć. Freddie to na pewno jego najlepsza kreacja i chyba jeden z najlepszych występów aktorskich jakie w życiu widziałem i w dużej mierze stąd taka wysoka nota. Jestem gościem oczarowany i chociażby z tego powodu niebawem do "Mistrza" powrócę.
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe



Page Ranking Tool stat4u