FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
Jeden Dzień
Autor Wiadomość
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2011-12-03, 22:02   Jeden Dzień

Jeden dzień / One Day
reż. Lone Scherfig (USA 2011)

Emma (Anne Hathaway) i Dexter (Jim Sturgess) spotykają się po raz pierwszy w noc ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Ona jest dziewczyną z klasy robotniczej, ma ambicje, marzy o uczynieniu świata lepszym. On jest bogatym uwodzicielem, który pragnie, by świat układał się układał tak, jak on tego pragnie. Postanawiają spotykać się ze sobą każdego roku, 15 lipca, przez następne dwadzieścia lat. Opowiadają sobie wtedy o swych miłościach, złamanych sercach, sukcesach, ziszczonych nadziejach i niespełnionych marzeniach... [opis dystrybutora]

Oficjalny opis jest niezgodny z fabułą filmu - nie było żadnych postanowień wiekopomnych, widz widzi jedynie kolejne 20 rocznic dnia św. Swithina (15 lipca), w którym to dniu bohaterowie poznają się i zaczyna się ich dość nietypowy związek. Nietypowy, gdyż rozpoczyna się deklaracjami przyjaźni i braku zobowiązań wykraczających poza tą sferę, przez dwie dekady zaś ewoluuje w Wielką Miłość.

Stara śpiewka, ale podana w inny trochę sposób niż zazwyczaj. Omawiany związek opiera się na wzajemnym zrozumieniu głównie i zaufaniu oraz samej radości bycia ze sobą i gadania, gadania, gadania. Tym mnie właśnie ten film kupił - zawsze uważałem, że na w/w podstawach można zbudować solidniejsze relacje niż na namiętności (tym bardziej nagłej), tutaj zaś mamy ciekawą ewolucję relacji między bohaterami. Oboje żyli w inny sposób niż założyli to sobie w młodzieńczych fantazjach, dla obojga związek pomógł stać się w jakiś sposób lepszym, uporządkować życie, wyjść z różnych dołków w które co i rusz wpadali. Ładnie pokazane jest to uzależnienie ich wzajemne od siebie samych, wypłakiwanie się na ramieniu, wspólne celebrowanie małych i wielkich życiowych przełomów. Ale i tak najlepszą IMO sceną była ta, w której przechodzili kryzys - który właśnie polegał na tym, że po raz pierwszy nie potrafili złapać wzajemnie swoich myśli, odczuć.

W tle zaś mamy 2 ostatnie dekady, dramatyczny zwrot akcji (tak się domyślałem że to się tak skończy, ale o dziwo i tak mną trzepnęło) oraz zbędny i hollywoodzko banalny wątek relacji bohatera ze swoimi rodzicami. Technicznie poprawnie, zdjęcia na szczęście niespecjalnie "słitaśne", do tego tchnąca oldschoolem ścieżka dźwiękowa Rachel Portman. Role główne świetne, chemia między bohaterami wyczuwalna i to ona w głównym stopniu "robiła" ten film, chociaż na akcencie Hathaway krytycy nie zostawili suchej nitki (mnie tam nie wadził).

Przyczepiłbym się również do lekkiego bałaganu scenariuszowego, w końcówce widać brak spójnej wizji objęcia klamrą całej tej historii, w rezultacie ostatnie 0,5 h to montażowy bałagan i skakanie bez ładu i składu po kilku różnych planach czasowych (wystarczyło zostawić wzgórze z 1989 IMO, albo w ogóle scenę poznania się bohaterów przenieść na koniec filmu). Ale to taka pierdoła i czepialstwo z mojej strony tylko, jakoś tak miałem na dzieję na bardziej eleganckie domknięcie tej historii.

Generalnie jednak film ładny, wzruszający, warty obejrzenia. Fakt, trochę hollywodzko banalny (ciekawe co np. Linklater z tego patentu scenariuszowego by wyciągnął), ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Ze swojej strony polecam.
Ostatnio zmieniony przez BM 2011-12-06, 20:21, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
kulka 
koneser



Dołączyła: 15 Lut 2011
Posty: 619
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2011-12-03, 22:42   

Jarod napisał/a:
w końcówce widać brak spójnej wizji objęcia klamrą całej tej histori


Potrzebowałeś tego? Mi to kompletnie do niczego nie było potrzebne - przeciwnie - cały ten' bałagan' tak naprawdę porządkuje - mało tego - oryginalnie stawia film w innym świetle niż retrospekcja i relacja - jakoś tak pozwala spojrzeć wstecz i do przodu - co jakby czyni wiarygodniejszym całą opowieść.... IMO,
Napisałeś, że gadają i gadają, i gadają - i to jest siła tego związku - to już się pojawiło gdzieś w przysłowiach - żeby na męża wybierać tego, z którym się dobrze rozmawia, bo na starość tylko to będzie istotne... :) I może na tym polega egzotyka całej sprawy? Że dziś wszystko trwa krótko - przyjaźnie realizują się przez sieć, małżeństwa są okreslone w czasie, gadanie zastąpiono 160 znakami - razem ze spacjami!
A bohaterowie "Jednego dnia" - ROZMAWIAJĄ ze sobą. I to niekoniecznie wysiłkowo - nie żeby się chwalić, ale żeby być blisko. Żeby trzymać sznur - na którym równie dobrze można się powiesić, jak dać się nim wyciągnąć z otchłani...
Kto nie ma przyjaciela, będzie miał kłopot z przyznaniem mi racji...
Dla mnie ten film to rzecz przede wszystkim o prawdziwej bliskości. Takiej, w której nie wszystko się mówi, w której czasami się koloryzuje, upraszcza, ale która przede wszystkim jest WAŻNA i CIERPLIWA. Reszta płynie sama....
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2011-12-04, 02:15   

Film bardzo mi podszedł, a szczerze mówiąc nie spodziewałem się wiele. Tak jak kulka uważam, że film nie do końca traktuje o miłości, a o bliskości. O dwojgu ludzi, których historia jest tak samo ważna na początku jak i na końcu, każde wydarzenie powinno mieć tą samą wagę co inne, dlatego w ogóle nie podoba mi się twist, który stara się przeciągnąć widza na stronę odbioru miłości. Oglądając "One Day" miałem kupę skojarzeń z Linklaterem, więc nie dziwię się Jarodowi, który przywołał nazwisko tego pana.

Simpsonowi, Arcziemu i Surferowi zapewne nie podjedzie, ale reszta niech próbuje!
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-12-06, 23:33   

kulka napisał/a:
Napisałeś, że gadają i gadają, i gadają - i to jest siła tego związku - to już się pojawiło gdzieś w przysłowiach - żeby na męża wybierać tego, z którym się dobrze rozmawia, bo na starość tylko to będzie istotne.


Ja bym powiedziała, że jeszcze lepiej jest wybrać (także na przyjaciela) takiego, z którym się dobrze milczy. Ale to tak nawiasem i bez związku z filmem.
Prawie już poszłam na ten "Jeden dzień", ale przeszkodziły mi "Służące", które wydały mi się jakieś ciekawsze, bardziej egzotyczne no i ... Emma Stone, będąca ich powiernicą.
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2011-12-06, 23:51   

DA napisał/a:
Prawie już poszłam na ten "Jeden dzień", ale przeszkodziły mi "Służące", które wydały mi się jakieś ciekawsze, bardziej egzotyczne no i ... Emma Stone, będąca ich powiernicą.


I dobre te "Służące"? Bo się przymierzam, ale jakoś bez skutku.
 
 
Szaman 
bywalec



Wiek: 29
Dołączył: 14 Kwi 2013
Posty: 189
Skąd: Garden State
Wysłany: 2013-10-19, 18:38   

6/10

Pierwsze minuty są świetne, ale potem znika gdzieś cały potencjał. Historia dwójki zwykłych ludzi z którymi można byłoby się łatwo identyfikować zmierza w jakieś dziwne rejony gdy jedno z nich zostaje gwiazdą telewizji, a potem drugie gwiazdą literatury. Wszystkie szczęścia lub nieszczęścia które potem ich spotykają stają się nagle jakby mniej "zwyczajne" i trącą melodramatycznym banałem. Trafi się tu jednak parę wzruszających scen i parę niezłych dialogów, mój ulubiony to ten o "Armii Ciemności", więc można zmarnować te 100 minut mimo posmaku niewykorzystanego potencjału.
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe



Page Ranking Tool stat4u