FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda
Autor Wiadomość
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-11-07, 23:22   Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda / The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford
reż. Andrew Dominik (USA, Kanada 2007)

Planując swój kolejny wielki napad, charyzmatyczny i nieprzewidywalny Jesse James (Brad Pitt) wypowiada wojnę swoim wrogom, którzy próbują zgarnąć nagrodę i chwałę za jego pojmanie. Jednak największym zagrożeniem dla jego życia mogą być ci, którym najbardziej zaufał.

Bardzo podobało się, ale nawet nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Trudno jednoznacznie powiedzieć o czym jest to film. W tym wypadku na szczęście taka niejednoznaczność nie jest wadą, lecz wielką zaletą. Może jest to opowieść o zbrodni i karze, o dawnych, innych czasach, o kosztach sławy, o konsekwencji popełnianych czynów, które zawsze są, ale które trudno czasami przewidzieć - niestety w pewnym momencie nie ma już odwrotu, stało się. A może jest to po prostu autobiografia, opowiedziana w bardzo ciekawy sposób. To krótkie wyliczenie możliwych tematów filmu nie oddaje jego treści w pełni, bowiem reżyserowi udało się nakręcić film wielowymiarowy, nie poddający się jednoznacznej interpretacji, żyjący sceną i wyjątkową, nieprzeniknioną do końca atmosferą. Jak na western, te sceny są naładowane zbyt mocno solidnym ładunkiem psychologicznym, jak na western również nietypowe jest to, że film odbywa się w zasadzie bez jednego wystrzału. Na pewno trzeba wspomnieć o stronie formalnej filmu, bowiem ta może nie do końca w sposób uprawniony oddzielona przeze mnie warstwa po prostu "robi" ten film. Zdjęcia Deakinsa są doskonałe i wręcz same w sobie emanują treścią. Poetyki dopełnia świetna ścieżka dźwiękowa autorstwa Nicka Cave'a i Warrena Ellisa. Nie można zapomnieć, a może nawet należałoby wymienić na pierwszym miejscu aktorów, którzy stworzyli w tym filmie postaci skomplikowane i wielowymiarowe. Pitt jest w tym filmie po prostu wielki. Nawet jak tylko stoi i gra oczami. Na krok nie ustępuje mu Casey Affleck. Bardzo ciekawe postaci stworzyli również Sam Rockwell i Paul Schneider. Na pewno wiele osób tutaj widziało ten film i ma wyrobione o nim zdanie. Tym, którzy nie widzieli gorąco polecam. Kino z wyższej póły. :fingerok:
Ostatnio zmieniony przez Eva 2011-11-10, 01:25, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2011-11-08, 08:16   

Tak kontrowersyjny film nie miał jeszcze u nas tematu? :eee?: Sprzed stu lat pamiętam, że miałem bardzo podobne odczucia co jazu. Bardzo dobre, świadome kino dopieszczone pod każdym względem, a scena samego zabójstwa (chyba nie spojler, nie?) to dla mnie :kult:
 
 
Arcyznawca 
senator z Baltimore



Dołączył: 02 Mar 2010
Posty: 5382
Skąd: Baltimore
Wysłany: 2011-11-08, 12:34   

jazu napisał/a:
jak na western również nietypowe jest to, że film odbywa się w zasadzie bez jednego wystrzału.

no to akurat nie do końca prawda, jako że tych wystrzałów trochę jednak było. Zresztą gdyby nie jeden z nich, to nie byłoby po co robić całego filmu. Poza tym nie jestem przekonany, czy mamy tu do czynienia z westernem. Ściśle rzecz ujmując, rzecz nie dzieje się na Dzikim Zachodzie, lecz na Południu. No chyba że westernem jest każdy film o XIX-wiecznej Ameryce, w którym noszą kapelusze i mają rewolwery.

Film mnie urzekł. Widziałem go już trzykrotnie i coś czuję, że trzeba będzie jeszcze kiedyś doń powrócić. Jazu wyliczył świetne aktorstwo, zdjęcia, muzykę, a także cały szereg scen zapadających w pamięć (napad na pociąg, tytułowe zabójstwo). Dodać można jeszcze, że jest to coś w rodzaju gawędy opowiadanej przy kominku w zimowy wieczór, takie zapewne opowieści snuto w nie tak wcale odległych czasach, kiedy nie było telewizji. O czym jest ten film? Może o tworzeniu się legendy? Na pewno odbrązawia on postać Jesse'go, w folklorze postrzeganego jako kogoś w rodzaju Robin Hooda, rozbójnika o czułym sercu, który zabierał bogatym, a dawał biednym. James w ujęciu twórców to raczej żałosny, zgrany człowiek, zaszczuty i pełen podejrzliwości. Paranoik właściwie. Warto dodać, że do dziś żyjący potomkowie Jamesa bardzo pozytywnie odebrali ów obraz. Trzeba jednak pamiętać, że Zabójstwo... ma i drugiego tytułowego bohatera. W przypadku Boba Forda film traktuje o zranionej chłopięcej dumie, chęci odegrania się i żądzy sławy, i tego reperkusjach. Ford jest tu także odbrązowiony — nie poprzestano na stwierdzeniu, że był "tchórzem, którego imienia nie warto wspominać"; ukazany został jako postać w sumie tragiczna. Przecież w końcu zrozumiał, że popełnił błąd i tego żałował. Na pewno film można opisać jako film o kosztach sławy, bo koniec końców sprowadza się do łańcucha zabójstw sławnych ludzi. Reasumując — jak najbardziej polecam. 10/10.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-11-08, 18:04   

Arcyznawca napisał/a:
no to akurat nie do końca prawda, jako że tych wystrzałów trochę jednak było. Zresztą gdyby nie jeden z nich, to nie byłoby po co robić całego filmu.


Tak tylko napisałem, bo mam problemy z przekuwaniem myśli w słowa. Myślałem żeby napisać "jak na western, to mało się strzylają", ale by wyszło mało profesjonalnie. ;)

Arcyznawca napisał/a:
Na pewno odbrązawia on postać Jesse'go, w folklorze postrzeganego jako kogoś w rodzaju Robin Hooda, rozbójnika o czułym sercu, który zabierał bogatym, a dawał biednym. James w ujęciu twórców to raczej żałosny, zgrany człowiek, zaszczuty i pełen podejrzliwości. Paranoik właściwie.


Arcyznawca napisał/a:
W przypadku Boba Forda film traktuje o zranionej chłopięcej dumie, chęci odegrania się i żądzy sławy, i tego reperkusjach


O odbrązawianiu i uczłowieczaniu legendy. Temu też napisałem, że można to odebrać jako film o szeroko rozumianych konsekwencjach i - dodam, że - o życiu ogólnie, na różnych jego etapach, jak ma to miejsce w przypadku doświadczonego przez życie Jessego i młodego, naiwnego Boba. Paranoik to osoba, która najogólniej rzecz biorąc dostrzega nieistniejące zagrożenie. Nie wiem czy można tak powiedzieć o Jessem. Na pewno, często miał do czynienia z realnym zagrożeniem, jednak w pewnym momencie życiem, jakie prowadził doprowadził się do takiego stanu, że przestał odróżniać co jest czym. I wtedy mógł dalej żyć sobie w taki sposób albo...
Bob, zabijając Jamesa, również się wpakował w sytuację, której nie potrafił przewidzieć.
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-11-08, 22:12   

No, wreszcie ktoś założył temat. Ja tego nie uczyniłam, choć jest to film ze ścisłej czołówki moich ulubionych i najbardziej cenionych. Po prostu, niesie on tyle różnych emocji, myśli, że trudno mi się zebrać, by to jakoś ująć w sensowną całość. A poza tym, są filmy, o których, tak jak o kochankach (ekhm, powiedzmy), nie wspomina się publicznie, a przynajmniej nie za dużo, by nie zszargać świętości związku.
Ale skoro temat już jest, to i ja nie mogę się oprzeć, by nie oddać hołdu :nakolana: wszystkim, którzy brali udział w jego tworzeniu. Jazu już ich po kolei wymienił. Arcyznawca napisał, że film jest czymś w rodzaju gawędy opowiadanej przy kominku. Ja miałam odczucie ballady, jakąż też pod koniec filmu wyśpiewał sam Nick Cave.

Najwieksze wrażenie wywarł na mnie jednak Casey Affleck, zapamiętany wcześniej przeze mnie z dość kontrowersyjnego dzieła Gusa Van Santa „Gerry” ( :pukpuk: ). Tutaj wręcz zahipnotyzował mnie swą kreacją Boba Forda. Mistrzowsko przedstawił tragizm tej postaci. Niby jest on tchórzem,
Spoiler:
strzela swemu idolowi w plecy, ale jednocześnie wiemy, że robi to na życzenie samego Jessego, który wcześniej zaszczuł Boba Forda psychicznie, tak by ten w obawie o własne życie i życie brata, wykorzystał okazję by go zastrzelić. Przecież dokładnie widział w odbiciu obrazka z koniem, który poprawiał, że Bob przymierza się do strzału.
. To Casey Affleck sprawił, że gdy po raz pierwszy widziałam film, uroniłam łezkę nad marnym losem Boba Forda. Takie chwile się pamięta. Tak bardzo chciał być kimś na kształt swego idola, a tak bardzo się do tego nie nadawał.

Rewelacyjne portrety dwóch mężczyzn, Jessego idola i Boba – jego wielbiciela. Kiedyś było popularne takie hasło „zabij swego idola” (przypadek Lennona, czy Jodi Foster) – ten film jest tego też m.in. ilustracją .
Jesse bożyszcze a jednocześnie postrach całej okolicy wpada w sidła swej popularności. Zmęczony niekonwencjonalnym sposobem zarabiania pieniędzy na żonę i dwójkę dzieci, wie, że kiedyś nastąpi taki dzień, gdy ktoś będzie chciał go tej władzy pozbawić. Wiekszość jego druzyny ginie w potyczkach bandyckich klanów, jest coraz bardziej osamotniony, zdany na towarzystwo obmierzłego mu Boba i jego brata. Bawi się nimi w kotka myszkę – fenomenalne sceny słownych gierek jakie z nimi prowadzi – ten człowiek już nie potrafi normalnie rozmawiać, ciągle wietrzy jakiś fałsz i podstęp. I tu jedna z moich ulubionych scen – gdy podczas niby przyjaznej rozmowy z braćmi ucisza ich czujność i nagle przystawia do gardła Boba nóż, ten zamiera ze strachu, czując, że już powoli ma dosyć swego idola.
Bob Ford – człowiek jakich wielu, przeciętny, być może, ale najgorsze - chciał wiernie i oddanie służyć czlowiekowi, którego uwielbiał, jednak został odtrącony. Może miał jakiś potencjał, kto wie, nie dane mu było się nim wykazać. Nigdy, nie spotkał się z odrobiną choćby prawdziwego uznania, docenieniem ze strony Jessego. Zawsze wyczuwał w jego słowach pogardę. To także film o tym, jak niebezpiecznym jest nieliczenie się z ludzką godnością. Każdy ją jakąś ma, nawet najmniejszy robak, a czym mniejszy tym bardziej na jej tle przeczulony.
I to, na razie (?) tyle chciałabym dorzucić od siebie w temacie.
Oczywiście - 10/10.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-11-08, 23:27   

Świetnie to podsumowałaś, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju i pokazuje jak wiele ten film ma - jak ktoś kiedyś ładnie ujął - faset, jest za mało kanciasty przez co wymyka się jednoznacznym interpretacjom. Bo piszesz o zabiciu idola i braku poszanowania dla godności fana, jakim był Bob i oczywiście masz rację,
Spoiler:
ale jakoś nie mogę sobie wybić z głowy tej sceny, w której Jesse najpierw ściąga pasek z bronią, Bob siedzi w fotelu i ryczy jak dziecko, nie wiadomo czy bardziej ze strachu czy bardziej nie chce i to nie z powodu legendy, bo w tę przestał już w pewnym momencie wierzyć, a Pitt musi aż na krzesło wleźć, aby dokonało się.
Czy te wahania to jeno dowód tego, że Bob był tchórzliwy? Przecież od jakiegoś czasu wiedział już o co chodzi. Wydaje mi się, że od sceny z nożem przy gardle, o której wspominasz stosunki pomiędzy Jessem i Bobem trochę ewoluowały i to ten pierwszy trochę "kradnie" tę (pierwszą) końcówkę filmu (bo jest jeszcze druga).

Dzięki za świetny komentarz. Podwyższam ocenę. :)
 
 
 
DA 
filmożerca



Dołączyła: 27 Lis 2009
Posty: 1985
Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-11-09, 18:41   

A dziękuję, dziękuję, także w imieniu twórców, za podwyższenie oceny. :)
Spoiler:
Jesse musiał wejść na krzesło i ustawić się plecami do Boba, no bo jak inaczej, miałby on strzelać Jessemu w klatkę piersiową patrząc mu jednocześnie w oczy? Jesse miał już dosyć życia, to była sprytna bestia, bezbłędnie wyczuwał emocje Boba, najpierw go zaszczuł, a potem go sprowokował, został męczennikiem zabitym przez tchórza Boba. Gdyby sam popełnił samobójstwo, pozostawiłby po sobie niesmak i to on byłby obwołany tchórzem, który bał się życia. A tak, proszę, znowu po raz kolejny poznęcał się nad Bobem, tym razem na śmierć.
Dlaczego Bob płakał, zanim sięgnął po broń? pewnie z wielu powodów, ile widzów, tyle interpretacji może być. Może z żalu nad sobą, że nigdy nie spełniło się jego marzenie, by jego idol go zaakceptował i polubił, docenił? A był tak blisko niego.
Później, naiwny, chciał tę swoją osobistą klęskę przekuć w zwycięstwo, myślał, że komuś zaimponuje faktem strzału w plecy, był rozbrajająco szczery w swej naiwności, ta sztuka, którą wystawiał na deskach teatru, żadnego koloryzowania, kawa na ławę, wszsytko opowiedział jak było, myślał, że ludzie będą go na rękch nosić, tylko dlatego, że strzelił w plecy temu, który wiele ofiar miał na sumieniu. Nikt mu nie podziękował. Odebrał to jako wielką niesprawiedliwość. Bardzo smutna postać. Ale to Casey Affleck uchronił go przed epitetem "źałosna". Nie potrafię go określić w ten sposób. I za to wielkie brawa dla tego aktora. :klaszcze:
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-11-09, 20:52   

Chciałem dodać coś o odbrązowianiu postaci czyli o tym, co być może oprócz wszystkiego innego uwierało w dupę Jessego i poszerzyć interpretację, ale tak napisałaś, że nie mam nic do dodania. Pięknie. :fingerok:
 
 
 
Arcyznawca 
senator z Baltimore



Dołączył: 02 Mar 2010
Posty: 5382
Skąd: Baltimore
Wysłany: 2011-11-09, 21:02   

Oczywistym jest, że Jesse chciał umrzeć i sprowokował Boba, jeszcze tak ostentacyjnie odpinał kolta i zwracał uwagę na zakurzony obrazek. Nie ma innej możliwości interpretacji tytułowego zabójstwa. Dlaczego tak zrobił? Ano dlatego, żeby odejść w chwale i przejść do legendy. Zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że się stoczył i jest wrakiem, cieniem samego siebie. A tu taka gratka — śmierć z ręki zdradzieckiego wasala. W sumie jakby się nad tym zastanawiać, to Bob staje jeszcze bardziej tragiczną postacią, wmanewrowaną cynicznie w całą sytuację przez Jamesa, który zresztą i tak ciągle nim pomiatał i go upokarzał. Co nie zmienia jednak faktu, że to właśnie Ford podjął koniec końców decyzję i pociągnął za spust. Za co zresztą spotkała go kara w "drugim finale".
Ostatnio zmieniony przez BM 2011-11-10, 11:08, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-11-09, 21:08   

Arcyznawca napisał/a:
Bob staje jeszcze bardziej tragiczną postacią,


Hm, w sumie dobrze prawisz. A Jesse jeszcze bardziej brązowy pozostał.
Ostatnio zmieniony przez Arcyznawca 2011-11-10, 11:12, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
acapulco 
świeżak



Wiek: 31
Dołączył: 15 Gru 2011
Posty: 17
Skąd: mentalnie olsztyn
Wysłany: 2011-12-15, 19:18   

Strasznie mi się momentami dłużył podczas oglądania i byłem przekonany, że niczym mnie nie zaskoczy. I rzeczywiście tak było:) Ale końcówka coś jednak w sobie miała, trochę inaczej spojrzałem na całość i moim zdaniem w zasadzie ratuje film.
 
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-15, 19:23   

Może rozwijaj trochę swoje komentarze, a nie tylko podobało/nie podobało się/nie zaskoczyło/nudziło/dobra końcówka...

Taka dobra rada.
 
 
 
acapulco 
świeżak



Wiek: 31
Dołączył: 15 Gru 2011
Posty: 17
Skąd: mentalnie olsztyn
Wysłany: 2011-12-15, 20:02   

Komentarz to komentarz, a nie recenzja. Chciałem właśnie tyle powiedzieć o tym filmie, ile napisałem. Nie widzę sensu, żeby rozciągać to w treści. Jeśli wywiąże się dyskusja, chętnie się rozpiszę.
 
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-15, 21:06   

acapulco napisał/a:
Jeśli wywiąże się dyskusja, chętnie się rozpiszę.


Lol, a nie widzisz dyskusji powyżej, do której Ty mógłbyś się ustosunkować? Mamy robić dyskusję nad Twoim "końcówka coś w sobie miała". Dzięki, nie skorzystam, ale innym życzę powodzenia i bukietu słów.

Tylko nie traktuj mnie jak jakiegoś zawziętego chuja. To, że zwróciłem Ci uwagę w ten sposób być może stoi za tym, że jeszcze nie dostałeś osta, bo tu opinie dwuzdaniowe są raczej traktowane w taki sposób, chyba że rzeczywiście ktoś jest genialnie celny w takich lakonicznych wypowiedziach. Aske wcale Cię do niczego nie prowokował tylko wykazał się mądrością i doświadczeniem związanymi z tym, jak to tutaj działa. ;)
 
 
 
acapulco 
świeżak



Wiek: 31
Dołączył: 15 Gru 2011
Posty: 17
Skąd: mentalnie olsztyn
Wysłany: 2011-12-15, 22:09   

Dla mnie jest to istotne, jeśli końcówka ratuje długi i nudny film. Jeśli na przyszłość będę chciał podzielić się podobnym spostrzeżeniem, mam się wstrzymać, czy dopisać do tego trzy akapity wstępu?
Pytam, bo nie chcę naruszyć harmonii - tym bardziej, skoro raz już zbłądziłem.
 
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-15, 22:12   

acapulco napisał/a:
Dla mnie jest to istotne, jeśli końcówka ratuje długi i nudny film.


A są jakieś przyczyny tego np?

acapulco napisał/a:
czy dopisać do tego trzy akapity wstępu?
Pytam, bo nie chcę naruszyć harmonii - tym bardziej, skoro raz już zbłądziłem.


Musisz trzy akapity wstępu inaczej znowu będę musiał brać przez Ciebie relanium (tak reaguję na zakłócenia harmonii na forum).
 
 
 
acapulco 
świeżak



Wiek: 31
Dołączył: 15 Gru 2011
Posty: 17
Skąd: mentalnie olsztyn
Wysłany: 2011-12-15, 22:23   

Luzik, postaram się wyrażać szerzej.
jazu napisał/a:
A są jakieś przyczyny tego np?

Myślę, że w trakcie oglądania brakowało mi czegoś, co by film spajało. Zakończenie było właściwą puentą - dobrym podsumowaniem. i czymś, co stawiało wszystkie poprzednie wydarzenia w nieco innym świetle.
Tak naprawdę z pierwszych dwóch godzin filmu pamiętam tylko kilka scen. Dialogom brakowało polotu, a fabuła toczyła się w trudnym do sprecyzowania kierunku. Może też brakowało mi tego, do czego się w westernach przyzwyczaiłem - przygody i akcji. Nie chodzi mi o to, że powinni non stop biegać i strzelać, brakowało tam czegoś, co zwyczajnie sprawiałoby, że film chce się oglądać dalej.
 
 
 
Arcyznawca 
senator z Baltimore



Dołączył: 02 Mar 2010
Posty: 5382
Skąd: Baltimore
Wysłany: 2011-12-15, 22:28   

acapulco napisał/a:
Może też brakowało mi tego, do czego się w westernach przyzwyczaiłem - przygody i akcji.

Może dlatego, że to nie jest western? :hmm:
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-15, 22:31   

acapulco napisał/a:
Tak naprawdę z pierwszych dwóch godzin filmu pamiętam tylko kilka scen. Dialogom brakowało polotu, a fabuła toczyła się w trudnym do sprecyzowania kierunku. Może też brakowało mi tego, do czego się w westernach przyzwyczaiłem


No bo to trudny przypadek filmu jest. Ja sam go nie ogarnąłem jeszcze jakieś 4 lata temu - wydał mi się nudny. Dopiero powtórka (i DA) ostatnio doprowadziła mnie - jak myślę - do odpowiednich wniosków. To jest raczej słaby western, a mocny film psychologiczny i także w warstwie narracji jest mało efekciarski i powolny. Jednak, wydaje mi się, że widz wprawiony dostrzeże te niuanse (no może nie takie niuanse, wszak są to czasami mocne sceny, ale właśnie mało przygodowe czy westernowe) w dialogach, walkę wewnętrzną i zewnętrzną bohaterów, zdjęcia czy muzykę. Na obecnym etapie "wtajemniczenia" filmowego nie jestem w stanie po prostu tego nie docenić. Ten film jest właśnie bardzo mylący, bo nie daje tego, czego byś się spodziewał, ale z drugiej strony - daje znacznie więcej. Lubię takie kino. M.in. dlatego lubię Coenów.
 
 
 
acapulco 
świeżak



Wiek: 31
Dołączył: 15 Gru 2011
Posty: 17
Skąd: mentalnie olsztyn
Wysłany: 2011-12-15, 22:40   

Arcyznawca napisał/a:
Może dlatego, że to nie jest western?

Są kapelusze, rewolwery i konie, więc musi być western:) Z tego, co widzę, tutaj też nie siedzi w dziale z dramatami i filmami psychologicznymi.

Jazu, przyznaję, że widziałem go tylko raz. Wiem, że zasługuje na to, żeby obejrzeć go po raz drugi i na pewno w przyszłości to zrobię. Niemniej jestem pewien, że odchudzenie o jakieś pół godziny wyszłoby mu na zdrowie, nie umniejszając przy tym tych plusów, które wymieniłeś.
 
 
 
Ostatni Surfer 
ostatni surfer kali jugi



Wiek: 36
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 5371
Skąd: CARCOSA
Wysłany: 2011-12-15, 22:42   

acapulco napisał/a:
Są kapelusze, rewolwery i konie, więc musi być western:) Z tego, co widzę, tutaj też nie siedzi w dziale z dramatami i filmami psychologicznymi.

Spoko a "Tree of Life" to melodramat, a "Thin Red Line" to film wojenny (to drugie może i bliżej, ale nei do końca). Mylisz scenografię, setting z istotą.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-15, 22:46   

acapulco napisał/a:
Wiem, że zasługuje na to, żeby obejrzeć go po raz drugi i na pewno w przyszłości to zrobię.


Podobnie u mnie. ;)

acapulco napisał/a:
Niemniej jestem pewien, że odchudzenie o jakieś pół godziny wyszłoby mu na zdrowie, nie umniejszając przy tym tych plusów, które wymieniłeś


Hm, nie wiem, może dałoby się to jakoś lepiej i krócej zmontować, ale po co? Często filmy, na których trzeba myśleć mają czasami dostosowane do tego tempo i sądzę, że w tym przypadku jest ono świetne i okraszone wieloma walorami artystycznymi. Jest na co patrzeć podczas tych "plam nudy". ;)
  
 
 
 
Arcyznawca 
senator z Baltimore



Dołączył: 02 Mar 2010
Posty: 5382
Skąd: Baltimore
Wysłany: 2011-12-15, 22:50   

Cytat:
Są kapelusze, rewolwery i konie, więc musi być western:) Z tego, co widzę, tutaj też nie siedzi w dziale z dramatami i filmami psychologicznymi.

aha, no ale wiesz, westerny dzieją się, jak sama nazwa wskazuje, na Dzikim Zachodzie, a akcja Zabójstwa...rozgrywa się w południowych stanach. W filmach o takiej np. wojnie secesyjnej też mają rewolwery, kapelusze i konie, a nikt nie nazwie ich westernami.

Ja tam widziałem ten film jak pisałem wyżej trzy razy i za każdym razem podobał mi się bardziej, ani przez chwilę też nie poczułem się znużony czy coś takiego. Właściwie żałowałem bardzo, że już się skończył. Mógłby spokojnie trwać o godzinę dłużej, a najlepiej to poproszę serial :) Widocznie po prostu nie jest to obraz dla każdego. Ja taką konfederacką gawędę kupuję w ciemno. Porównanie z twórczością Braci Coen jest bardzo celne.
 
 
jaz 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 6027
Skąd: Mariany Północne
Wysłany: 2011-12-15, 22:56   

Arcyznawca napisał/a:
Porównanie z twórczością Braci Coen jest bardzo celne.


Ale tylko o tyle, że oni też robią mylące gatunkowo filmy. Niby o tym, a naprawdę o czym innym. Ja w takim podejściu wietrzę intelektualne wyzwania, ale ja jestem za postmodernizmem. ;) :skrzynkawina::
 
 
 
DaRiA 
świeżak



Wiek: 26
Dołączyła: 22 Lut 2012
Posty: 11
Skąd: wlkap
Wysłany: 2012-02-22, 13:16   

Nie wiem. Z reguły lubię "ambitne" (wiem głupie słowo) kino, ale ten film był jakiś taki nudny i smęcący, że nie dałam rady i wyłączyłam po 30 minutach. Może jeszcze kiedyś dam mu szansę, kto wie.
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe



Page Ranking Tool stat4u