FF - Forum Filmowe

Poprzedni temat «» Następny temat
Atlas chmur
Autor Wiadomość
Nuz 
filmożerca



Wiek: 33
Dołączyła: 24 Sty 2010
Posty: 4328
Skąd: ,,
Wysłany: 2012-12-01, 01:33   Atlas chmur

Atlas Chmur / Cloud Atlas
reż. Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski [Hongkong, Niemcy, Singapur, USA; 2012]

Wielowątkowa historia obrazująca wpływ decyzji jednostki na kształt rzeczywistości w której żyje; na życie swoje i innych - a w konsekwencji - na szeroko rozumianą przyszłość. Obserwujemy wędrówkę dusz i wcieleń - niektóre trwają, inne przechodzą proces przemiany od bohatera do złoczyńcy (i odwrotnie)... [za IMDb]

Sześć epok, sześć (?) historii i te same, znane twarze w kolejnych (często zaskakujących) odsłonach. Pominę szczegóły, by nie psuć nikomu zabawy - polecam tylko posiedzieć trochę dłużej, by po zakończeniu filmu w pełni docenić potęgę współczesnej sztuki charakteryzacji (!), albo i CGI.
Szłam do kina bez jakichkolwiek oczekiwać, bo choć znam styl Mitchella z jego debiutanckiej powieści, samego "Atlasu chmur" nigdy nie czytałam, podobnie jak i opisów filmu. Można powiedzieć, że szłam głównie dla Whishawa i ślicznego Jima Sturgessa, tymczasem w pakiecie otrzymałam także Hugh, Doonę Bae i emanującego ojcowskim urokiem Jima Broadbenta ( we wcieleniu Timothy'ego Cavendish'a - bohatera najzabawniejszej z w/w opowiastek).
Centrum historii stanowi idea wolności jednostki, oraz swego rodzaju "reinkarnacja" postaci, często stojąca w sprzeczności z charakterem ich poprzednich wcieleń (równie dobrze mogłoby to być cokolwiek innego... ).

Jest Tykwer, są więc krew, pot, flaki i sporo scen, których nie uświadczy się normalnie w kinie familijnym (w tym "momenty", a właściwie - moment; z resztą bardzo malowniczy).

Na tle całości zdecydowanie wyróżnia się historia Sonmi-451 i Hae-Joo Changa - romans pod płaszczykiem rewolty, rodem z "Nowego Seulu" po prostu urywa kończyny. Niby wszystko już było i czerpane ostro z "Equilibrium", "Ucieczki Logana", "Łowcy androidów", a nawet "Piątego elementu" Bessona, ale cała sekwencja robi oszałamiające wrażenie (także pod względem aktorskim) - genialny klimat podlany orientalnym sosem "zbiorowej świadomości". Podejrzewam, że z takimi bohaterami, w takiej scenerii, dałoby się wysmażyć całkiem poprawną pełnometrażową produkcję - sama chętnie bym to zobaczyła...

Kuleje "opowieść Zachariasza" przywodząca na myśl "Poza światem" z tą różnicą, że owo "poza" nie jest bezludne (choć epizod Hugh wpadł całkiem dobrze). Halle Berry jest wszędzie i nie zachwyca, za drogi Ben W. daje prawdziwy popis swoich możliwości w dość zabawnym, w odniesieniu do rzeczywistości, kontekście (kto wie, ten wie).
Film ładny, choć dość chaotyczny i przesadnie poważny w swej misji "niosącego kaganek oświaty" nam, prostej dziczy. Po mnie osobiście spływa to jak po kaczce i szczególnie w oko nie kole (widywałam gorsze przypadki), ale wielu brew zakrzywi.


Podobało mi się to wszystko dużo bardziej, niż mogłabym się spodziewać :lol:
 
 
RandallFlagg 
świeżak



Wiek: 38
Dołączył: 23 Gru 2012
Posty: 32
Skąd: Northampton
Wysłany: 2012-12-28, 00:36   

Boże, jakie to słabe! Nie wiem, jaki cel przyświecał twórcom tego filmu, ale jeden niezamierzony z pewnością osiągnęli - popsuli wszystko to, co w książce było dobre. Najpierw zniszczyli perfekcyjną kompozycję oryginału, uplatając z wątków poszczególnych opowieści bezsensownie połączoną mozaikę. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego niektóre z sekwencji przeplatają się w taki, a nie inny sposób - na przykład jest dramatyczne sceny ucieczki, naprzemiennie po kilka sekund ze spokojnymi scenami zdejmowania obroży Sonmi. Narracja z offu jednej opowieści pasująca, nakłada się na sceny z innej -problem w tym, że pasuje tam, jak wół do karety.

Po drugie dosłowność. Kurde, oni naprawdę musieli pokazać, że wszystkie te postaci są w jakiś tam sposób powiązane (choć nie są), że ten, czy ów ma znamię to samo, co ktoś inny, a jakbyś widzu nie zauważył, to jeden z bohaterów koniecznie zwróci na to uwagę? I ten słaby motyw z wciskaniem na siłę tych samych aktorów w odgrywanie różnych ról, kompletnie do owech ról nie pasujących. Ja rozumiem, że Wachowskich cieszy, jak chłop udaję babę, a baba chłopa, ale czemu w XXI wieku Chińczyk nie może być grany przez Chińczyka, a biały przez białego? I nie przyjmuję tu argumentów, że trzeba był uzmysłowić widzowi, że to w zasadzie inne wcielenia tych samych dusz, bo w książce takiego gówna nie było, po prostu. Wypadkową tejże zabawy są takie kwiatki, jak niezamierzenie groteskowy Hugo W. w roli pielęgniarki i Hugo W. w aż dwóch rolach Chińczyków.

Efekciarstwo. Po co pokazywać scenę zepchnięcia auta z mostu tak, w stylu, jaki obrał autor oryginału, w stylu thrillerów z lat 70-80, po co stopniować w tym przypadku napięcie, lepiej pokażmy, jak od środka auto koziołkuje i jak zajebiście wpada do rzeki. No, litości. Po co snuć klimatyczną opowieść o antyutopii, kiedy można zrobić (cienkie, swoją drogą) sceny kung-fu i strzelaninę na lasery?

Ach, nie chce mi się już o tym pisać nawet. Bez porównania z książką. To, co dodane jest żałosne, niezamierzenie śmieszne, durne. Wycięto za to, to, co najlepsze. Dodano górnolotny przekaz, zwiększono, wybaczcie, dawkę pedalstwa, przerysowano, pocięto, sklejono byle jak.

Żal!
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2012-12-31, 21:31   

Randall dobrze prawi. Podejrzewałem że ekranizacja została w jakiś sposób zjebana, nie spodziewałem się jednak, że aż tak. Tykwer jak to Tykwer znowu próbuje kieślowskiej tematyki i nagina całość pod metafizyczne pokrewieństwo dusz i inne takie pierdoły, wychodzi taka Trylogia Kolorów łamana przez The Hours w wersji dla bardzo ubogich. Ekspozycja postaci nie istnieje, dialogi pełnią funkcję czysto informacyjną, wszystkie historie niemożebnie pocięto i spłycono. najbardziej żal Nowego Seulu, który w wersji książkowej stanowił co prawda konglomerat różnych klasycznych motywów sf, był jednak podany zręcznie i z wyczuciem. Państwo Wachowscy oczywiście nie potrafią przyjąć do wiadomości, że sf może istnieć bez napierdalanki, także mamy głównie kiepawe akcyjki (których w oryginale nie było) oraz średni wątek miłosny (którego... itp). Wątek kompozytora to już w ogóle śmiech pusty - wycięto z niego w zasadzie 3/4 fabuły a z zajebiaszczej postaci Frobischera zrobiono emo - pierdołę. Montaż i charakteryzacja technicznie rewelacyjne (czuję Oscary), ale to tylko tanie efekciarstwo na chama naginające książkowe rysy fabularne do Tezy. Stawiam piwo, jeżeli ktoś sensownie wyjaśni klucz obsadzania tych samych aktorów w różnych nowelach. Jeszcze kilka pojedynczych rzeczy które mnie wkurzały:
- Stary Georgie jako Szalony Kapelusznik
- Cavendish jako komediowy śmieszny dziadek
- wyrzygowe końcówki wątków miłosnych (których w książce...)
- biali grający Azjatów, Murzyni grający białych, biali grający Murzynów, Murzyni grający Azjatów, Azjaci grający Meksykanów, Azjaci grający białych, faceci grający kobiety, kobiety grające facetów
- zredukowanie do trzech linijek dialogowych "popkulturowej' metaramy spinającej powieść

Co się podobało:
- Doona Bae - mam nadzieję że w Holly ją zauważą, świetna była.
- muzyka
- finał wątku Luisy, stylizowany na kino lat '70, mniej przegięty i efekciarski niż w książce - chyba jedyna rzecz która w ekranizacji wypadła lepiej

Tyle ode mnie. Nuzik, obadaj książkę kiedyś tam.
 
 
Ostatni Surfer 
ostatni surfer kali jugi



Wiek: 36
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 5373
Skąd: CARCOSA
Wysłany: 2013-01-01, 12:19   

Podstawowe pytanie. Jak dużo jest Keitha Davida w filmie? :snob:
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-01-01, 13:47   

Taki drugi plan względem Hanksa, Berry czy innych bardziej znanych twarzy, ale więcej go było niż np. Sarandon; łącznie z 15 minut miał, jedyną sensowną postać grał w wątku dziennikarskim i wypadł tam rewelacyjnie jako kultowy Murzyn pomagający głównej bohaterce (w ogóle, pomijając Berry, ta nowelka była chyba najlepsza aktorsko, tam też najlepszy występ zaliczyli Hugo i Hugh, pomijając ofc mega spłycenie wszystkich postaci).
 
 
Nuz 
filmożerca



Wiek: 33
Dołączyła: 24 Sty 2010
Posty: 4328
Skąd: ,,
Wysłany: 2013-01-01, 15:08   

Ha, no tak to jest kiedy się książki nie czytało i nie ma z czym porównać... Będę musiała odczekać na właściwy moment bo po ponownych starciu ze "Snem" został mi raczej pewien niesmak.

A już Ci chciałam pisać żebyś lepiej jednak na tego Hobbita uderzył (w celach czysto rozrywkowych) :hahaha: Byłam na Atlasie dwa razy; po drugim seansie obniżyłam ocenę. Coś za łatwo zapomnieć o tym filmie, kiedy człowiek przestaje koncentrować się na charakteryzacji.
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-01-01, 21:10   

Planowany wyjazd do Wielkiego Miasta nie doszedł do skutku, także obejrzałem w alternatywnej dystrybucji I CAŁE SZCZĘŚCIE. Jak tak myślę to Tykwer i Wachowscy mieli w sumie fajny pomysł, nie jestem fanem adaptacji w 100 %, ale materiał źródłowy ich przerosł. Ten film wygląda jak jakiś Wiedzmin, czyli serial upchany z kopa w ramy kinowego metrażu, hollywodzka lopatologia również robi swoje.
 
 
Poduszkowiec303 
bywalec



Wiek: 28
Dołączył: 27 Lip 2012
Posty: 121
Skąd: Lubelskie
Wysłany: 2013-01-04, 10:41   

Byłem wczoraj w kinie i wyraźnie widziałem, że to ekranizacja książki, która nie jest idealną rzeczą do ekranizowania mimo, że książki na oczy nie widziałem. Podobało mi się za to to, że każda z linii czasowych była całkowicie inna pod względem stylu więc przynajmniej nie było nudno. Było za to strasznie patetycznie.
 
 
Orange 
filmożerca



Dołączył: 07 Mar 2009
Posty: 3412
Skąd: South
Wysłany: 2013-03-16, 10:22   

Zasiadając do tego filmu spodziewałem się czegoś większego i lepszego bo i reżyseria zachęcała, milion historii w milionach światów, s-f i ci sami aktorzy grający różne postaci (a ja takie zabiegi bardzo lubię). Spodziewałem się po prostu dobrego upchanego symboliką dramatu ze świeżym podejściem (reżyseria), a produkt finalny to niestety kopowe kino familijne.

Bronią się imo dwie historie czyli podróż statkiem z murzynem i wątek kompozytora, które dają radę głównie dzięki świetnej obsadzie, ale też zostawiają po sobie niesmak potraktowania ich po macoszemu bo mimo, że wspominam je pozytywnie to teraz jak o tym pomyślę to treściowo też dupy nie urywały. Motyw z aktorami też chwilami się broni (Hanks jako Zachariasz i naukowiec), a chwilami ssie pauke (Hanks jako karykaturalny lekarz na statku). Aktorsko też to nie powala bo biorąc pod uwagę, że trzeba zagrać po kilka postaci to trzeba się do tego nieźle przyłożyć, a taka Berry biedna chyba nie widziała co ze sobą zrobić i w dwóch historiach, w których gra główne role robi identycznie nudne wrażenie. Zamysł reżyserów żeby zrobić sobie z Weavinga takiego epizodycznego złego też pada bo wciśnięty jest wszędzie i wszędzie z podobnym skutkiem. Uśmiałem się jak zorientowałem się że gra pielęgniarkę, ale Stary Georgie już jest kiepski (tak jak wspomina Jarod raczej przez interpretację postaci), a zrobienie go chińczykiem to już w ogóle żenada. Charakteryzacja kładzie też w moich oczach historię Somni. Nie mogę traktować poważnie filmu w którym dzieje się coś takiego. Przecież to jest żenujące. Oni nie widzieli jaki był efekt końcowy robienia z tym ludziom skośnych oczu? Wrzucenie Somni do historii ze statkiem im wyszło bardzo dobrze, ale działanie w druga stronę to był strzał w stopę. Uśmiercili sobie potencjalnie najlepszą historię.

Kolejna rzecz to jeszcze brak umiejętności dobrego opowiedzenia tych historii bo jak dla mnie wątek z domem starców był tylko po to żeby umieścić tam historię, która będzie śmieszna, co swoją drogą też się nie udaje. Historia detektywistyczna to też nudne, przewidywalne pierdy, które nie pamiętam nawet jak się skończyły, tak mnie zaangażował ten film.

Moja ocena wcześniej to 6/10 bo efekty specjalne i większość charakteryzacji wypadły bardzo dobrze, parę wątków zostawiło po sobie pozytywne wrażenie i ogólnie mimo 3h "Atlas..." mnie nie znudził, ale teraz jak sobie poprzypominałem i poroztrząsałem ocenę należy obniżyć. Nie wiem jak wygląda sprawa z książką, ale ten film po prostu sprawia wrażenie streszczenia, skrótu, który zgarnia najfajniejsze rzeczy i bezczelnie spojleruje je gubiąc to co najważniejsze przez zwykłe niedbalstwo i pośpiech.
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-03-16, 12:16   

Orange napisał/a:
Nie wiem jak wygląda sprawa z książką, ale ten film po prostu sprawia wrażenie streszczenia, skrótu, który zgarnia najfajniejsze i najciekawsze rzeczy i bezczelnie spojleruje je gubiąc to co najważniejsze przez zwykłe niedbalstwo i pośpiech.

Problem polega na tym, że w zasadzie wszystkie fajne rzeczy zostały wycięte (często ponad połowa historii), a zostały pierdy kliszowate. Niżej duże spoilery, takze na własną odpowiedziałność czytacie.
Spoiler:
Najbardziej rzucało się to w oczu w przypadku wątku o kompozytorze, gdzie wycięto cały wątek fascynacji/miłości młodego kompozytora do córki starego, a zostawili samobójstwo, które w kontekście wydarzeń z filmu za wiele sensu nie ma. Albo w wątku Sonmi okazywało się, że dziewczyna była w rzeczywistości cały czas manipulowana przez władzę i użyta jako chłit propagandowy - a i sama historia nie była romansidłem przeplatanym napierdalanką, tylko rasowym sf, antyutopią.
 
 
gall anonim 
filmożerca



Wiek: 39
Dołączył: 19 Sie 2012
Posty: 2172
Skąd: Łazy
Wysłany: 2013-03-17, 13:13   

Przez jakieś 40 minut wydawało mi się że pogubię się w wątkach, ale po jakiejś godzinie załapałem konwencję i zaczął film mi się podobać. W sumie najsłabszy jest wątek w 2144 i jak domyślam się że Wachowskich epizod, od razu widać że robota twórców Matrixa (choć od tej trylogii w tym od części pierwszej cenię sobie ich wcześniejszy film o dwóch lesbijkach Bound), ale i tak przyzwoita robota, dałbym tak 6/10. Pozostałe są dobre epizody, tak na 7, ale najciekawszy epizod to ten w 2012 Tykwera co akcja toczy się w domu opieki z doskonałym Broadbentem (cała scena w barze mnie rozwala). W ogóle w każdym epizodzie wypadł świetnie Broadbent, poza tym świetna muzyka, zdjęcia niezłe jak i montaż i charakteryzacja. Miło też obejrzeć kolejną dobrą role a raczej kilka ról Hanksa bo jakoś ostatnio najlepiej mu nie idzie,w sensie że chyba każdy film w którym ostatnio występuje raczej klape finansową ponosi a w złych filmach nie gra. Wybijają się też Jim Sturgess, Ben Whishaw, Halle Berry też całkiem, całkiem sobie radzi (na marginesie nie wiem jak ona to robi ale wciąż pięknie wygląda,albo ma dobre geny albo chirurga świetnego), a Weaving mnie rozwalił jako pielęgniarka. Reszta jest przynajmniej przyzwoita aktorsko. Ciekaw jestem tylko czy płacili aktorom od ilości ról czy od filmu :-) Miłe zaskoczenie bo spodziewałem się nudnego filmu, dość krytyczne opinie dominują a jakoś podobała mi się ta produkcja, może dlatego że książki nie czytałem. Zleciały te prawie 3 godziny bardzo szybko, nawet nie wiem kiedy.
 
 
Ostatni Surfer 
ostatni surfer kali jugi



Wiek: 36
Dołączył: 18 Lis 2008
Posty: 5373
Skąd: CARCOSA
Wysłany: 2013-03-23, 00:18   

Z wstydem przyznaję, że książki nie czytałem. Ale pewnie to zmienię, bo w historii jest kilka dobrych motywów.

Wiele uproszczeń i przemian, to zapewne skutek celowania w masowego widza i międzynarodowe rynki. Taki Azjata by złapał bez problemu powtarzalność motywów pewnie, bez nachalnej symboliki. Ale tępy Pop-corn amerykaniec niekoniecznie. Tak to bywa z blockbusterami. Łopatologia i uproszczenia.

W sferze rozrywkowej film umiarkowanie przyjemny, psuty przez pseudo-dydaktykę i uproszczenia. Przemiany rasowo-płciowe postaci podkreślają pewne motywy, aż tak nie rażą. Ot konwencja.

Niestety film pozostawia po sobie niewiele. Kilka ładnych widoczków. Kilka ciekawych motywów. Tyle.

Może gdyby ostrzej zarysowali pewne konflikty. Nadali im sens, to wyszłoby to lepiej. Ale jakoś nie przekonuje mnie ta wizja, gdy przemiana dotyka tylko jednego z bohaterów itp
 
 
Kannagi 
świeżak



Dołączyła: 24 Mar 2013
Posty: 7
Skąd: Internet
Wysłany: 2013-03-25, 00:50   

Czytam komentarze wyżej i mam ochotę lecieć do księgarni po książkę ;D Film mi się podobał, a skoro wypada przy książce słabo... Cóż, planowałam to przeczytać, ale w nieco dalszej przyszłości. Chyba czas zmienić plany ;D

Dziwię się, że nie było choćby nominacji za charakteryzację. Czy jest na sali ktokolwiek, kto sam z siebie wypatrzył (lub twierdzi, że wypatrzyłby, gdyby uważniej oglądał) wszystkie wcielenia aktorów?
 
 
Syn marnotrawny 
bywalec



Dołączył: 20 Sty 2013
Posty: 143
Skąd: Stare krzywe
Wysłany: 2013-05-04, 15:38   

Śmieszni ci Wachowscy w sumie. Całej pary tak naprawdę starczyło im jedynie na jeden film. Po czym padli pod naporem własnej legendy.

Dla mnie "Atlas Chmur" to klasyczny przerost formy.
 
 
Jarod 
wiceprezes



Wiek: 31
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 5406
Skąd: Borne Sulinowo
Wysłany: 2013-05-04, 15:44   

Tak Bogiem a prawdą ja osobiście od Matrixa wolę Bound, czyli debiut braci - fajna, bardzo zręczna wariacja na tematy noirowe.
 
 
gall anonim 
filmożerca



Wiek: 39
Dołączył: 19 Sie 2012
Posty: 2172
Skąd: Łazy
Wysłany: 2013-05-04, 18:23   

Rzeczywiście Bound jest super filmem i chyba najlepszym ich ale wydaje mi się że trochę zapomnianym. No i ten duet Jennifer Tilly i Gina Gershon.
 
 
John Bigboote 
filmożerca



Wiek: 35
Dołączył: 12 Lip 2010
Posty: 2296
Skąd: Uć
Wysłany: 2013-05-09, 22:01   

Skoro nie czytałem książki, nie mogę ocenić czy to dobra adaptacja, ale wierzę na słowo, że nie. Podobała mi się konstrukcja tego filmu, świetne przejścia montażowe w odpowiednich momentach do kolejnych historii sprawiły, że zupełnie się nie pogubiłem. Dobra robota pod tym względem. W sumie to jest niemal sześć filmów w jednym, ale najciekawiej wypadł thriller spiskowy oraz dwie historie SF (ale ja ogólnie wielbię ten gatunek). Historia Timonthy Cavendisha wydała mi się jakaś niepozbierana, jakby wymyślali ten segment dopiero na planie, na szczęście jest przynajmniej zabawna.

Hanks pozytywnie mnie tu zaskoczył, bo myślałem, że już zawsze bedzie grał poczciwe pierdoły, a tu z wielką swobodą obskakuje ze sześć różnych postaci. Tak samo Hugh Grant świetny a i nawet Halle Berry dała radę. Super pomysł z tą charakteryzacją i ciagłymi podmiankami aktorów (też jestem ciekaw, czy wzięli za udział, czy od roli), chociaż zabawne, że trochę przypomina to stare niedobre czasy, kiedy role czarnoskórych w teatrze i w filmie odgrywali umazani pastą biali. W sumie fajne - teraz każdy może przez chwilę być każdym, dla czystego funu.

Syn marnotrawny napisał/a:
Całej pary tak naprawdę starczyło im jedynie na jeden film.


I jeszcze "Speed Racera".
 
 
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group SiteMap
Template NoseBleed2 v 0.2 modified by Nasedo & BM, downloaded from theme4u website

forum filmowe FORUM FILMOWE forum filmowe



Page Ranking Tool stat4u